Tischner o sensie męczeństwa

Strona główna/Bez kategorii/Tischner o sensie męczeństwa

Tischner o sensie męczeństwa

Z wydanej ostatnio książki „Rekolekcje paryskie” publikujemy konferencję rekolekcyjną ks. Tischnera wygłoszoną 2 marca 1985 r. Nawiązuje ona do śmierci ks. Jerzego Popiełuszki, zamordowanego kilka miesięcy wcześniej przez funkcjonariuszy SB, i do jego pogrzebu, który stał się wielką publiczną manifestacją. Jaki jest sens takich ofiar? Jaki jest sens męczeństwa? Te pytania powracają do nas również w kontekście ostatnich wydarzeń w Indiach i innych częściach świata – gdzie chrześcijanie cierpią z powodu prześladowań.

Czytamy u świętego Pawła: „Ale Bóg miłość swoją ku nam okazuje przez to, że Chrystus za nas umarł w czasie, gdyśmy jeszcze grzesznikami byli. Teraz więc, gdyśmy usprawiedliwieni przez krew Jego, tym bardziej przezeń zachowani będziemy od gniewu. Jeśli bowiem będąc nieprzyjaciółmi, zostaliśmy pojednani z Bogiem przez śmierć Syna Jego, to tym bardziej będąc pojednani, dostąpimy zbawienia przez życie Jego”. W tym cytacie ze świętego Pawła chciałbym zwrócić uwagę na następujące słowa: „Chrystus za nas umarł”; potem na słowa: „usprawiedliwieni przez krew Jego”, „pojednani z Bogiem przez śmierć Syna Jego”, „będąc pojednani, dostąpimy zbawienia”. W tych kilku zdaniach świętego Pawła pojawia się motyw ofiary i motyw pojednania. A więc – pojednanie poprzez ofiarę.

Idea pojednania poprzez ofiarę jest nie tylko kluczem do chrześcijaństwa, ale jest także kluczem do teologii historii, szczególnie – do naszej historii. Ale zanim do tego nawiążemy, chciałbym zrobić taką uwagę. Słowa świętego Pawła były napisane przed blisko dwoma tysiącami lat, w czasie, kiedy u szczytu potęgi stał świat pogański. Dziś jest rzeczą niemożliwą zliczyć wszystkie okrucieństwa i wszystkie męczeństwa, dzięki którym mógł istnieć ów pogański świat: począwszy od męczeństwa Sokratesa, poprzez męczeństwo pokonanych niewolników Spartakusa aż do męczeństwa ostatniego chrześcijanina. Okrucieństwo było w istocie rzeczy warunkiem istnienia tego świata. Okrucieństwo broniło świata przed jego wrogami zarówno zewnętrznymi, jak wewnętrznymi, zarówno rzeczywistymi, jak możliwymi. Okrucieństwo było potrzebne temu pogańskiemu światu tak samo jak woda i powietrze.

Ale nadeszła chwila, kiedy okrucieństwo świata obróciło się przeciwko światu, kiedy okrucieństwo ówczesnej władzy zwróciło się przeciwko tej władzy. Na peryferiach imperium, gdzieś daleko, w Jerozolimie został ukrzyżowany nikomu nie znany Jezus z Nazaretu. I wtedy stało się coś niezwykłego. Tylu krzyżowano przedtem i potem, tylu ukamienowano, tylu ścinano – i nic. Krew wsiąkała w ziemię, były łzy – jeśli w ogóle były. Krew wysychała i łzy wysychały. Długo, bardzo długo ze śmierci rzeczywistych, możliwych albo podejrzanych przeciwników rosła potęga państwa. Ale ta śmierć Jezusa z Nazaretu okazała się czymś niezwykłym. Zadała cios w plecy ówczesnemu okrucieństwu. Doprowadziła do niespodziewanego przewrotu. Świat okrucieństwa musiał się w końcu ugiąć przed krzyżem, który sam na Golgocie postawił.

Jest jakaś granica okrucieństwa, jakiś próg, jakiś punkt zwrotny, który sprawia, że okrucieństwo traci sens i zwraca się przeciwko jego sprawcom. Moc rażenia, którą okrucieństwo się odznacza, zamiast celować i razić przeciwników, i umacniać potęgę państwa, zaczyna działać odwrotnie: zaczyna tę potęgę rozkładać. A decydujące jest to, jak się umiera. Decydujący jest męczennik, jego sposób umierania. Jego umieranie, jego śmierć zamiast dzielić, tworzyć nowe pęknięcia, nowe rozłamy, zaczyna łączyć, zaczyna budować więź, tworzyć religio. I ta więź, początkowo mała, między nielicznymi, jest zapowiedzią rodzenia się nowego świata. Święty Paweł w tym samym mniej więcej czasie, patrząc na ten zwrot okrucieństwa przeciwko sobie, może napisać: „przemija postać świata”.

Zadanie, przed którym stajemy dzisiaj, jest ważne. Chodzi wszak o lepsze zrozumienie krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa. Ale nie tylko. Chodzi również o lepsze zrozumienie każdego innego męczeństwa, jakim nas – szczególnie nas, Polaków – obdarzyła historia. Co to jednak znaczy: rozumieć męczeństwo? Czy rozumieć męczeństwo można tak, jak się rozumie pierwszy lepszy tekst, pierwszą lepszą książkę? Czy rozumieć męczeństwo znaczy to samo, co rozumieć uczucie drugiego człowieka? Czy nie chodzi raczej o to, że rozumieć męczeństwo to znaczy – nie zmarnować męczeństwa?

Rozważając kiedyś sprawę męczeństwa, sprawę ofiary, Norwid użył słów, które wydają się niezwykle celne (…): „ofiary w przeszłość”. Słowa te są godne największej zadumy. Trzeba sobie to możliwie konkretnie przedstawić. Ofiara. Ofiara jest – ona nie budzi wątpliwości. Jest jakiś heroizm, jakaś odwaga ludzi zdolnych do ofiary. Zarazem jednak jest to ofiara fatalna: ona nie buduje przyszłości, ale jedynie ożywia odchodzącą odległą przeszłość. Ofiara w przeszłość jest owocem wspomnienia, a nie nadziei. Jest wyrazem bólu, który rodzi się w człowieku z powodu uciekającej coraz bardziej przeszłości. Teraźniejszość się oddala, człowiek chciałby ją jakoś zatrzymać i wtedy staje się zdolny nawet do wielkich ofiar, ofiar tragicznych. Ofiary te są bólem tęsknoty za tym, co minione, co mijające. Jest to jakieś zabójstwo, dokonane po to, ażeby zatrzymać przemijanie czasu. Zabójstwo na sobie i zabójstwo na drugim. (…) Zabijając drugiego, zabija się również coś w samym sobie. I to właśnie jest ofiarą w przeszłość. Nie pomogą usprawiedliwienia, wyjaśnienia. Usprawiedliwienia zawsze się znajdą. Prawda pozostaje prawdą – to jest ofiara w przeszłość. Może się na nią zdecydować jedynie ktoś, kto jest przerażony przyszłością.

Zwróćmy uwagę na tekst świętego Pawła. Tekst ten objaśnia istotę ofiary, objaśnia na przykładzie ofiary Chrystusa, a więc na przykładzie największej w historii ofiary w przyszłość. Wczoraj mówiliśmy o wezwaniu. Bóg wzywa człowieka po imieniu, a wezwanie po imieniu oznacza wybranie. Dziś trzeba do tego dodać jeszcze coś więcej, co powiedział Paweł: „Chrystus za nas umarł w czasie, gdyśmy jeszcze grzesznikami byli”. Co znaczy: umarł za nas? Znaczy, że zamiast nas ktoś umiera, abym ja umierać nie musiał. Między Jego śmiercią a moim życiem zachodzi związek istotny. To nie jest tak, że ktoś umrze – na przykład obrońca ojczyzny – a ja będę żył albo nie będę. Będę – jeżeli się ułożą dobrze okoliczności, jeżeli nie zajdą jakieś inne przeszkody. Jesteśmy wdzięczni obrońcom ojczyzny za ich śmierć, ale więź między moim życiem a śmiercią obrońcy ojczyzny nie jest jeszcze więzią istotną. A tutaj, wedle świętego Pawła, więź jest istotna. Jeśliby Chrystus nie umarł, ja bym nie żył. Umierać za kogoś znaczy: umierać zamiast kogoś. Ta śmierć jest moim ratunkiem, jak moje imię jest moim imieniem.

Mój ratunek. I święty Paweł mówi: „usprawiedliwieni przez krew Jego”. To bardzo głębokie słowo: usprawiedliwieni. Przedtem nie byliśmy usprawiedliwieni. Byliśmy grzesznikami to znaczy: nie byliśmy usprawiedliwieni. Owszem, żyliśmy, ale tak, jakbyśmy nie mieli prawa do życia, do istnienia. Weszliśmy w ten świat rzuceni jak kostki do gry. Jakiej gry? Właściwie wszystko jedno, właściwie nie wiadomo. Takiej gry, jaką sami sobie wymyślimy. Byliśmy potrzebni, o ile ta gra jest potrzebna. Ale na tym świecie żadna gra nie jest potrzebna, więc w końcu jesteśmy niepotrzebni, bez wartości. Ale przez tę śmierć zostaliśmy usprawiedliwieni. Nie tylko stworzeni. Usprawiedliwieni. Odkryto nasze imię, naszą wolność, naszą godność. Uczyniono nas wartością absolutną. Dopiero w perspektywie Krzyża możemy zrozumieć, co znaczą te proste słowa Chrystusa: „cenniejsi jesteście niż wróble”. Aby pokazać to, żeśmy są cenniejsi niż wróble, nie wystarczyło wezwać po imieniu, nie wystarczyło wybrać. Trzeba było umrzeć.
Prawdę rzekłszy, ten początek umierania jest już zawarty w wyborze. Kto wybiera, moi drodzy, ten niech wie, że czeka go ofiara. Trudno przewidzieć jaka – ale ofiara będzie na pewno. Cząstkowa ofiara usprawiedliwia cząstkowo. Ofiara zupełna usprawiedliwia absolutnie. Ofiara Syna Bożego usprawiedliwia absolutnie. To jest głęboka tajemnica. Należy ona do jednej z tych tajemnic, nad którymi zastanawiamy się nieczęsto, mimo że ona się często powtarza. Właśnie powtórzyła się przed chwilą na tym ołtarzu. Bo tego wszystkiego dokonuje Bóg przed Bogiem. Bóg-Syn przed Bogiem-Ojcem. Czym jest ta Golgota Syna przed obliczem Ojca? Wiemy że nie ma dwóch bogów, że Bóg jest jeden. Że nie idzie tu o to, ażeby jeden Bóg sycił oczy ofiarą drugiego Boga. To, co się dzieje na Golgocie, dzieje się w głębi jednej i tej samej boskości. Właśnie tam w głębi boskości, we wnętrzu stosunku Boga do samego siebie, pojawia się sprawa człowieka. Sprawa twoja, sprawa moja – bo dla Boga są tylko imiona. W głębi boskości, w głębi stosunku Boga do samego siebie, dzieje się nasz los, nasze jutro, nasza nadzieja. Jak kiedyś Maryja stała się odpowiedzialna za to, żeby Bóg zaistniał między ludźmi, tak teraz Chrystus staje się odpowiedzialny za to, żeby człowiek zaistniał między Bogiem a Bogiem. Tak teraz Syn Boży staje się odpowiedzialny za obecność człowieka w głębi stosunku Boga do samego siebie. (…)

Przy trumnie męczennika krystalizuje się jakaś trudna jednomyślność. Słowa te brzmią: nigdy więcej. Nawet zabójcom wydaje się, że to się już powtórzyć nie może. Nawet zabójca staje w obliczu czegoś, co go zaskakuje, co go przerasta. Pod krzyżem Chrystusa krzyczano: „A jednak on był Synem Bożym”. W cieniu trumny męczennika wszyscy wiedzą: a jednak prawda jest po jego stronie. Może nie wszyscy wiedzą, jaka prawda, może nie wszyscy wiedzą dostatecznie jasno, może nie wiedzą, jak ją nazwać, ale przecież wiedzą na tyle jasno, żeby powiedzieć: nigdy więcej. I to „nigdy więcej” wskazuje na więź, na religię. To jest właśnie ten cios, który otrzymuje w plecy dziejowe okrucieństwo. I w tym momencie zabójca, jakby mimo woli, staje się wyznawcą. To jest prawdziwy cud męczennika: uczynić z zabójcy wyznawcę.

I stąd bierze się nadzieja. Może ktoś powie: „To mała nadzieja, to krucha nadzieja, to mizerna nadzieja”. Odpowiem: „Tak, istotnie, mała. Taka mała właśnie jak ziarnko gorczycy, jak okruch chlebowego kwasu”. Bo, prawdę rzekłszy, po krzyżowej ofierze Jezusa Chrystusa, Pana naszego, nie powinno być już żadnych powtórzeń. Cokolwiek dobrego można było osiągnąć przez to męczeństwo, zostało już osiągnięte. Bóg jest między nami, my jesteśmy w Bogu. Jeśli jednak mimo to nadal wśród nas pojawiają się męczennicy, jest w tym powód do skruchy – także dla nas, chrześcijan. A skrucha bierze się stąd, żeśmy dotąd nie potrafili przekonać tego świata, że nowe męczeństwa są niepotrzebne. Dlatego męczeństwo jest dla nas nie tylko łaską, ale i upomnieniem.

„Rekolekcje paryskie” można nabyć tutaj.

2013-02-05T17:40:00+00:00 5 lutego 2013|Bez kategorii|