Nasza potrzeba pewności

Strona główna/Bez kategorii/Nasza potrzeba pewności

Nasza potrzeba pewności

„Fundacjonistyczna koncepcja wiedzy jest utopijna. Ludzie nie są doskonałymi podmiotami poznającymi, które mogą ustalić coś raz na zawsze”, piszą Bartosz Brożek i Mateusz Hohol w artykule zatytułowanym „Homo fundamentalis”. Artykuł można znaleźć w lutowym numerze miesięcznika „Znak”.

O czym jest ten tekst? Najkrócej mówiąc: o naszej potrzebie pewności, domknięcia, stabilnego fundamentu. Autorzy zastanawiają się nad tym, co sprawia, że we współczesnych sporach o naukę – a także o relację nauki i wiary – jedni zajmują stanowisko fundacjonistyczne, a więc poszukujące pewników, a inni są skłonni bez pewników się obejść, nie popadając jednak tym samym w całkowity relatywizm. Warto przeczytać tekst młodych uczonych związanych z krakowskim Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych, aby zastanowić się nad naszym własnym stosunkiem do nauki i – szerzej – świata jako takiego. Publikujemy początkowy fragment artykułu.

Na spory wokół relacji nauki i wiary patrzy się zwykle jak na debatę toczoną między znanymi intelektualistami: „czterema jeźdźcami nowego ateizmu” (Richardem Dawkinsem, Danielem Dennettem, Samem Harrisem i Christopherem Hitchensem) z jednej strony a Williamem Dembskim i innymi głosicielami doktryny tzw. inteligentnego projektu – z drugiej. Jest to, oczywiście, perspektywa jak najbardziej dopuszczalna, ale nieco zakłamująca istotę sprawy. Żaden intelektualista – choćby najbardziej cierpliwy i przekonany do swych racji – nie może obejść się bez publiczności, bez tych osób, które kupują jego książki i uczęszczają na wykłady. Wydaje nam się zatem, że warto zapytać, kim są ich najczęściej anonimowi kibice. Co można powiedzieć o tych, którzy w komentarzach pod artykułami z nagłówkiem „nauka–wiara” obrzucają się inwektywami, a po wykładach poświęconych temu zagadnieniu zadają niewygodne i podchwytliwe (przynamniej w ich mniemaniu) pytania? Warto zastanowić się nad tym także dlatego, że również w Polsce temperatura dyskusji o nauce i wierze, a szczególnie debaty wokół teorii ewolucji, zaczyna niepokojąco rosnąć, choć nie osiągnęła jeszcze poziomu, który zyskała w Stanach Zjednoczonych. Jakie są tego przyczyny?

Poszukiwanie niezachwianych podstaw wiedzy było od zawsze jednym z najważniejszych zadań, które stawiali przed sobą filozofowie. Najsłynniejszy w historii projekt fundacjonistyczny zaproponował Kartezjusz, który na początku „Medytacji” wyznaje:
„Nie od dziś zauważam, że od najmłodszych lat przyjmowałem fałszywe poglądy za prawdę i że to, co od tego czasu zbudowałem na tak źle upewnionych podstawach, musi być bardzo wątpliwe i niepewne. Uznałem więc, że powinienem raz w życiu wyzbyć się wszystkich poglądów, które wcześniej zdarzyło mi się przyjąć na wiarę, i – gdybym miał ustalić coś pewnego i trwałego w nauce – rozpocząć całkiem od nowa i od podstaw”.

Jak wiadomo, takie niepodważalne podstawy Kartezjusz odnalazł na drodze metodycznego wątpienia, które doprowadziło go do tezy ego cogito, ego sum. Na tym fundamencie – dowodząc najpierw istnienia Boga, a następnie świata zewnętrznego wobec umysłu – postawił imponujący gmach swego filozoficznego systemu. Taktyka Kartezjusza – wzorowana do pewnego stopnia na matematyce – jest charakterystyczna dla każdej próby fundacjonistycznego podejścia do ludzkich wysiłków poznawczych. Zaczynamy od ustalenia niewzruszalnych tez podstawowych – swego rodzaju aksjomatów – a następnie (najlepiej niezawodną drogą dedukcji, choć nie zawsze jest to możliwe) wyprowadzamy kolejne tezy, tworząc spójną, wszechogarniającą wizję świata. Kłopot pojawia się wtedy, gdy nasze doświadczenie zdaje się sprzeczne z tą wizją; pozostaje wówczas je zignorować albo zreinterpretować w taki sposób, by nieznośna sprzeczność zniknęła – trochę zgodnie z zaleceniem Hegla: jeśli fakty nie zgadzają się z teorią, to tym gorzej dla faktów.

Okazuje się jednak – a argumentów dostarcza epistemologia i filozofia nauki ostatnich stu lat – że fundacjonistyczna koncepcja wiedzy jest utopijna. Ludzie nie są doskonałymi podmiotami poznającymi, które mogą ustalić coś raz na zawsze. Zadanie to zostawić musimy „istotom boskim”, sami zaś powinniśmy przyznać przed sobą, że naszemu poznaniu daleko do perfekcji. Wynikają z tego istotne konsekwencje dla sposobu, w jaki dokonujemy prób poznawczego opanowania świata. Po pierwsze, uznać musimy, że większość z przyjmowanych w argumentacji przesłanek ma status rewidowalnych hipotez; nie są one matematycznymi aksjomatami, można je odrzucać lub modyfikować. Po drugie, odrzucenie lub modyfikacja hipotez nie może przebiegać w sposób przypadkowy, ale wynikać powinna z oceny wniosków, do których hipotezy te prowadzą. Wnioski, które są zgodne z doświadczeniem i sprzyjają naszym praktycznym działaniom, wzmacniają wyjściowe hipotezy; i przeciwnie: konkluzje sprzeczne z tym, czego doświadczamy, lub posiadające niewielki walor praktyczny osłabiają hipotezy i skłaniają do ich rewizji. Po trzecie, tło argumentacji – czyli akceptowane przez nas dotychczas teorie – powinno być względnie stabilne. Łatwiej możemy odrzucać nowe hipotezy niż te, które się dotąd sprawdzały. Równocześnie jednak naszej wiedzy tła nie możemy absolutyzować: wystarczająco płodne (zarówno w sensie teoretycznym, jak i praktycznym) nowe hipotezy mogą i powinny skłaniać nas do zasadniczych zmian w uznawanym dotąd obrazie świata. Po czwarte wreszcie, nasze rozumowania muszą być otwarte na formułowanie i porównywanie często wzajemnie sprzecznych argumentów. Wysiłki poznawcze niedoskonałych podmiotów poznających – a takimi są ludzie – nie mogą podążać drogą prostej dedukcji od przesłanek do wniosków; musimy raczej pracować równocześnie z kilkoma alternatywnymi hipotezami, bo tylko w ten sposób możemy zwiększyć nasze szanse na zrozumienie świata.

Tak rozumiany nonfundacjonizm nie jest „gorszym” sposobem poznania i argumentacji – jest raczej sposobem jedynym. Niezależnie od tego, jak bardzo potrzebujemy pewności, skazani jesteśmy na domysły i warto podjąć wysiłek, by uczynić je tak solidnymi, jak to możliwe.

W latach 90. ubiegłego wieku amerykański psycholog Arie Kruglanski opisał mechanizm psychiczny, który określił mianem potrzeby domknięcia poznawczego. Osoby o wysokiej potrzebie domknięcia charakteryzuje pragnienie unikania niejasności – wolą uzyskać szybko ostateczną odpowiedź w danej kwestii – jakakolwiek by ona była – byle nie przedłużać stanu niepewności poznawczej. Zdaniem Kruglanskiego poszukują one w swym życiu porządku i struktury uciekają od sytuacji chaotycznych. Pragną wiedzy, na której można polegać niezależnie od okoliczności, doświadczają nagłego pragnienia domknięcia, przejawiającego się w stanowczości ich sądów i wyborów. Sytuacje wieloznaczne odczuwają jako dyskomfortowe i nie zamierzają konfrontować swej wiedzy z alternatywnymi wyjaśnieniami. Skutkuje to kierowaniem się abstrakcyjnymi schematami i stereotypami, które pozwalają unikać niepewności.

Z kolei niska potrzeba domknięcia przejawia się przede wszystkim w lepszej tolerancji na niepewność. Osoby o niskiej potrzebie domknięcia skłonne są do dokładniejszego oglądu sytuacji oraz zmiany dotychczasowych sądów, gdy pojawią się nowe dane. Myślenie osób o niskiej potrzebie domknięcia nie jest stereotypowe ani schematyczne – polega na tworzeniu różnych scenariuszy, które – gdy tylko zajdzie taka potrzeba – mogą zostać zmienione lub zreinterpretowane. (…)

Trudno oprzeć się wrażeniu, że obie skrajne strony sporu o relację między nauka a wiarą – zarówno ci, którzy podają w wątpliwość najważniejsze teorie współczesnej nauki jako „niezgodne” z wyznawaną przez nich religią, jak i ci, którzy odrzucają wszelką religię w imię przekonania, że nauka wyjaśnia wszystko – cechują się wysokim poziomem potrzeby domknięcia poznawczego. Tylko z tej perspektywy można zrozumieć, dlaczego i jedni, i drudzy kurczowo trwają przy raz przyjętej konceptualizacji świata. Łatwiej jest uznac, ze teoria ewolucji jest fałszywa – albo, delikatniej nieco, że jest „tylko teorią”, jak często twierdzą zwolennicy doktryny inteligentnego projektu – niż pójść za wezwaniem św. Augustyna, który nakazuje reinterpretację Pisma Świętego w miejscach, gdzie jest ono jawnie sprzeczne z dobrze potwierdzonymi ustaleniami nauki. Łatwiej jest tez uznać, że nauka wyczerpuje wszystko, co powiedzieć możemy o świecie, niż dostrzec i rozważać tajemnice, w obliczu których stawiają nas niezwykłe sukcesy naukowców.

Lutowy numer miesięcznika „Znak” (2016, nr 2/729) można zamówić tutaj.

2016-02-22T20:26:00+00:00 22 lutego 2016|Bez kategorii|