„Dobro jest potężną siłą, która może dokonywać cudów. Człowiek odradza się, zmartwychwstaje, zaczyna na nowo żyć, gdy dotknie go czyjeś dobro, czyjaś wspaniałomyślność, czyjaś – tak, może niekiedy nieporadna, ale jednak realna – solidarność. Albo wtedy, a może zwłaszcza wtedy, gdy sam

obdarza innych dobrem”, mówił podczas ostatniej gali Nagrody Znaku i Hestii im. ks. Józefa Tischnera Wojciech Bonowicz. Zapis jego wystąpienia można znaleźć w najnowszym numerze „Tygodnika Powszechnego” (nr 6/2026).

Wystąpienie – zatytułowane pierwotnie „O odwadze” – w wersji drukowanej nosi tytuł „Lekcja ducha”. Oto jego fragment:

Niewątpliwie stajemy dziś przed jakąś próbą nadziei. Wystawia naszą nadzieję na próbę nie tylko obawa przed wojną i wszystkim, co z wojną się wiąże – to ostatecznie jest zrozumiałe. Ten, kto wywołał wojnę, stara się manipulować naszymi emocjami: podsycać nasze strachy, siać wątpliwości, osłabiać wolę oporu. Główne uderzenie skierowane jest w naszą solidarność. Ogromne środki zaangażowane zostały w to, by przekonać nas, że solidarność z napadniętymi i z uciekającymi przed wojną jest naiwnością i nieroztropnością. Uderzenie wymierzone jest więc w to, co w nas najpiękniejsze. Szyderstwo, kłamstwo i strach – oto główne narzędzia, którymi posługuje się nasz przeciwnik.

Ale nie tylko wojna jest tym, czego się boimy. Być może jeszcze większym lękiem napełnia nas myśl o chaosie, jaki zapanował w świecie. Czy można nadal polegać na solidnych – jak się do niedawna zdawało – sojuszach? Czy polityka międzynarodowa nie jawi się nam wyłącznie jako gra interesów, w której silni nawet nie starają się udawać, że nie zależy im na żadnej sprawiedliwości, prawach człowieka, i tak dalej? A polityka wewnętrzna – czy nie stajemy się zakładnikami krzykliwej mniejszości, która straszy nas rozmaitymi zagrożeniami, w większości wydumanymi? Charakterystyczne, że ta mniejszość – nie lubiąca demokracji, tęskniąca za taką lub inną formą rządów autokratycznych – chętnie posługuje się pojęciem wolności (jej przedstawiciele nazywają samych siebie „wolnymi ludźmi”) i chętnie też sięga po religię, żeby kolejny raz w naszej najnowszej historii użyć jej w walce o władzę.

Mówi się dziś coraz częściej o powrocie faszyzmu. Nie wiem, czy określenie jest adekwatne. Ja wolę mówić o „radykalizmie bez nadziei”. Dla prawdziwej przemiany naszego świata konieczna jest radykalna nadzieja. Nadzieja, która nie boi się pomyśleć, że wszystko może być ułożone inaczej niż obecnie. Że dominacja arogancji i siły nie jest jedynym scenariuszem na przyszłość, a wartości takie jak sprawiedliwość czy solidarność mogą być podstawą skutecznych polityk. (…) Plan na przyszłość, jaki mają, to zazwyczaj karykaturalne odwzorowanie tego, co już nie raz w historii zawiodło i w konsekwencji sprowadziło na ludzkość cierpienia, których można było uniknąć.

Odwaga w świecie, w którym zdają się dominować chaos i strach, polega najpierw i przede wszystkim na przywracaniu poczucia rzeczywistości. Choćby w postaci tej prostej prawdy, iż świat trwa dzięki temu, że istnieją ludzie skłonni budować, a nie niszczyć, pomagać, a nie pogardzać, cierpliwie sklejać to, co rozerwane, a nie eskalować konflikty. (…) Dobro jest potężną siłą, która może dokonywać cudów. „Człowiek jest takim drzewem, które czuje w sobie dobro i dlatego nie chce złych owoców rodzić”, pisał Tischner. Wizja ta może się wydawać wizją naiwną, ale tak naprawdę jest wizją odważną. Tischner nie twierdził, że człowiek nie rodzi złych owoców; sądzę, że o ludzkim złu wiedział nawet więcej niż inni. Wiedział też jednak, że zło nie jest tą siłą, która może człowieka odrodzić. Człowiek odradza się, zmartwychwstaje, zaczyna na nowo żyć, gdy dotknie go czyjeś dobro, czyjaś wspaniałomyślność, czyjaś – tak, może niekiedy nieporadna, ale jednak realna – solidarność. Albo wtedy, a może zwłaszcza wtedy, gdy sam obdarza innych dobrem.

Cały tekst wystąpienia jest dostępny na stronie internetowej „Tygodnika Powszechnego”. Dostęp jest płatny.