Wyrzeczenie jako gest nadziei

Strona główna/Bez kategorii/Wyrzeczenie jako gest nadziei

Wyrzeczenie jako gest nadziei

„Samobiczowanie się nie jest żadnym poświęceniem. Tym bardziej nie jest nim sprowadzanie udręk na bliźnich. Tak jak każdy element Dobrej Nowiny, tak i ten zagrożony jest parodią. Nie ma smutniejszego widoku niż chrześcijanin parodiujący Ewangelię”, pisze Wojciech Bonowicz w tekście o wyrzeczeniu w myśli ks. Józefa Tischnera.

Słowa „wyrzeczenie” i „poświęcenie” są w języku polskim wspaniale wieloznaczne. Wyrzeczenie to z jednej strony odmówienie sobie czegoś, rezygnacja z jakiejś wartości na rzecz innej, większej, z drugiej jednak – to także wypowiedzenie czegoś głośno, zwłaszcza czegoś uroczystego, doniosłego. „Bóg wyrzekł słowo s t a ń s i ę, Bóg i z g i ń wyrzecze”. Jest jeszcze trzecia strona lub trzeci kontekst, ciemniejszy: „wyrzeczenie się” oznacza wówczas odmówienie dostępu do własnego serca, zerwanie więzi. Z poświęceniem sprawa ma się podobnie. Najpierw oznacza ono właśnie wyrzeczenie się czegoś (w pierwszym z opisanych znaczeń). Następnie – pobłogosławienie, oddanie danej osoby czy rzeczy Bogu (jest to niezwykłe oddanie, bo Bóg na ogół nie „zabiera” tego, co ofiarowane, lecz „zwraca” to człowiekowi: tak poświęcamy kościoły, mieszkania, medaliki, sztandary…). I wreszcie mamy ten ciemniejszy kontekst, kiedy „poświęcenie” oznacza wydanie na żer, zmarnowanie.

Aby lepiej zrozumieć to, co na temat heroizmu i wyrzeczenia ma do powiedzenia ks. Józef Tischner, trzeba najpierw uświadomić sobie, co jest fundamentem jego myślenia o człowieku. Jest nim mianowicie przekonanie, że człowiek jest istotą, która „chce dobrze”, która ma dobrą wolę. Człowiek w o l i d o b r o , ono jest jego naturalnym „żywiołem”. „Człowiek jest takim drzewem, które czuje w sobie dobro i dlatego nie chce złych owoców rodzić” – pisze Tischner[1]. W innym miejscu – w swojej ostatniej książeczce „Pomoc w rachunku sumienia” – rozwija tę myśl następująco: „Wiele w tym życiu musimy. Ale nie musimy czynić zła. A jeśli nawet jakaś siła, jakiś strach zmusza nas do czynienia zła, to nie zmusi nas do tego, byśmy tego zła chcieli. Tym bardziej nie zmusi nas do tego, byśmy trwali w tym chceniu. W każdej chwili możemy wznieść się ponad siebie i zacząć wszystko od nowa”[2].

Naturalnym „ruchem” człowieka jest ruch od zła do dobra. Jego powołaniem: przejść przez życie, dobrze czyniąc. Czynienie dobra oznacza bardzo często przezwyciężenie jakiegoś zła, wyrwanie się z jego kręgu. Ale nie zło jest tu ważne. Owszem, ma ono stać się dla nas tworzywem dobra. „Jesteśmy artystami trudnego tworzywa” – powiada Tischner. Jednak to nie zło jest pierwsze, nie ono „dyktuje warunki”. Ruch od zła do dobra nie jest tym samym, co podróż z miejsca do miejsca. Jest to jakby skok na inny poziom. Taka jest w każdym razie perspektywa ewangeliczna. „Dobro, które przynosi Chrystus, nieskończenie przewyższa zło, które człowiek sprowadził na ziemię” – pisze odważnie Tischner. „Gdybyśmy patrzyli na dobro wyłącznie przez pryzmat zła, które dobru przeczy, widzielibyśmy tylko niewielki wycinek krajobrazu. Chrystus przynosi odkupienie świata. W odkupieniu chodzi nie tylko o naprawę tego, co zostało zepsute, ale o >>nowe stworzenie<<. (…) To nie przez cienie trzeba pojmować naturę światła, ale poprzez światło naturę cienia”[3].

 

Właśnie w tym przejściu od zła do dobra istotną rolę odgrywa moment wyrzeczenia. Człowiek jest istotą zdolną do heroizmu: drzewem, które jest gotowe poświęcić kwiaty dla owoców, a nawet poświęcić pień, by ktoś inny mógł zbudować łódź. Jest w człowieku jakaś głęboko ukryta pokusa heroizmu, która zresztą upodabnia go do samego Odkupiciela. Tischner przypomina znaną scenę z Ewangelii. „>>Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić<< – mówił do Jezusa trędowaty. >>Jeśli chcesz…<< Zmusić Cię oczywiście nie mogę, wszak jesteś wolny. Ale… >>możesz<<. Co to znaczy? To znaczy, że w Tobie jest serce, a w sercu pokusa do czynu na przekór przeszkodom, pokusa do heroizmu. Spełniając mą prośbę, dajesz ujście owej pokusie”[4]. Pokusa ta najsilniej daje znać o sobie w Eucharystii, a potem w ofierze Krzyża. Bóg jest nieustannym „wydawaniem siebie”: Ojciec „musi” wydać Syna, bo taka jest logika miłości. Syn „musi” przejść przez ziemię, dobrze czyniąc, bo na to się narodził na świat.

Dlaczego Bóg chce poświęcić siebie? Dlaczego chce tego człowiek? Wiara nie znajduje innej odpowiedzi, jak tylko tę, że wyrzeczenie się siebie w miłości jest odzyskiwaniem siebie. I Bóg, i człowiek oddają siebie, aby siebie potwierdzić i na powrót otrzymać. Gest powierzenia nadziei drugiemu, choć ryzykowny, jest gestem potrzebnym przede wszystkim samemu powierzającemu: w ten sposób otwiera się on na przyjęcie nadziei płynącej od drugiego. Bez tego otwarcia zamarłoby w nim życie, miłość pozostałaby tylko możliwością miłości. Zresztą taką interpretację podpowiada powszechne ludzkie doświadczenie. „W miłości nie można się siebie wyrzec” – powiada Tischner – „bo każde wyrzeczenie jest również odzyskiwaniem siebie. Dając siebie dziecku, matka tym bardziej staje się matką. Dziecko oddaje jej to, kim ona jest. Jedno tworzy się dzięki drugiemu”[5]. Tak też jest z poświęcaniem rozmaitych rzeczy: poświęcam Bogu mieszkanie i nadal w nim mieszkam (choć jest ono już jakoś inne), poświęcam swoje życie – i nadal nim żyję (choć w jakimś sensie „już nie ja”).

Wyrzeczenie się siebie (zakładamy tu, że wyrzeczenie się czegoś jest jakąś formą tego podstawowego wyrzeczenia) jest w y p o w i e d z e n i e m prawdy o samym sobie, jest uporządkowaniem świata wartości, skupieniem w jedno rozproszonych intuicji, przekonań i pragnień: teraz już wiesz, po co żyjesz, wiesz, gdzie jest twój skarb, wiesz, komu i co jesteś winien. Ale jest w nim coś jeszcze: moje wyrzeczenie chroni i osłania drugiego (Drugiego) przed tym, co nie jest we mnie miłością. W każdą, nawet najpiękniejszą więź, wnoszę również to, co jest we mnie złe, słabe, co może stanowić dla drugiego zagrożenie lub przynajmniej – zniekształcić jego obraz w moich oczach. Choć człowiek „chce dobrze”, nie zawsze „dobrze mu wychodzi”. Ma w sobie – mówiąc językiem Tischnera – takie „skręty”, z pomocą których potrafi „przekręcić” nawet Ewangelię. Dzięki wyrzeczeniu człowiek odzyskuje siebie takiego, jakim był na początku miłości.

W gruncie rzeczy wyrzeczenie jest więc wyrazem nadziei na spotkanie twarzą w twarz. Ks. Józef Tischner był nie tylko uważnym czytelnikiem współczesnych filozofów, ale też – Mistrza Eckharta i św. Jana od Krzyża. Warto przypomnieć, co o wyrzeczeniu pisze Mistrz Eckhart: „Wyrzeczenie osiąga szczyt i kres, gdy człowiek wyrzeka się Boga ze względu na Niego samego. Święty Paweł wyrzekł się Boga ze względu na Niego samego; wyrzekł się wszystkiego, co miał od Niego wziąć, wszystkiego, co On mógł mu dać i co od Niego mógł otrzymać. Tym sposobem wyrzekł się Boga ze względu na niego na Niego, a On pozostał dlań taki, jaki jest sam w sobie…”.

 

Czy w pokusie heroizmu, wyrzeczenia się siebie, poświęcenia nie kryje się żadne niebezpieczeństwo? Trzeba najpierw rozróżnić pojęcia: samobiczowanie się nie jest żadnym poświęceniem. Tym bardziej nie jest nim sprowadzanie udręk na bliźnich. Tak jak każdy element Dobrej Nowiny, tak i ten zagrożony jest parodią. Nie ma smutniejszego widoku niż chrześcijanin parodiujący Ewangelię.

Aby wyrzeczenie miało sens, człowiek musi najpierw posiadać to, czego się wyrzeka. Głównym zagrożeniem wiary – podkreślał Tischner – jest w Polsce resentyment. Jesteśmy dobrzy, to znaczy: zapełniamy kościoły, wznosimy okrzyki na cześć Papieża, przyjmujemy księdza po kolędzie – a owoców nie widać. Inni nie są tak dobrzy, a jednak proszę: powodzi im się lepiej niż nam. Co się stało z wyrzeczeniem? Zamiast być wyrazem nadziei na spotkanie, stało się pretekstem do wołania o zapłatę i sąd nad „złym światem”.

Kryje się w tym głębszy problem. W latach siedemdziesiątych Tischner opisał człowieka z kryjówki, którego nadzieją „rządzi zasada ucieczki od ludzi”. Jest tak niepewny siebie, że boi się wystawić na widok innych. Lęka się, że go wyszydzą, zdradzą, że odbiorą mu nawet tę ostatnią nadzieję, jaką jeszcze ma – nadzieję przetrwania. Człowiek z kryjówki nie marzy o tym, żeby latać; marzy o tym, żeby nie musiał otwierać okien. Tischner przeciwstawił tę postać pielgrzymowi, któremu nadzieja dodaje skrzydeł i pcha go w nieznane kraje. Pielgrzym nie wie, dokąd idzie, ale wie, dlaczego idzie: słyszy głos Miłości, która mu zaufała. Pielgrzym „wybiera według nadziei”: z łatwością wyrzeknie się tego, co nie prowadzi go do celu. Człowiek z kryjówki boi się samej myśli o wyrzeczeniu. Każde wyrzeczenie oznacza dlań utratę. Pogrążony w lęku o posiadanie, nie dostrzega, że od dawna nie posiada już samego siebie.

Tischner podkreślał wielokrotnie: religia, zwłaszcza ta, której źródłem jest Ewangelia, nie daje się pogodzić z brakiem zaufania, z resentymentem, z lękiem przed otwarciem się na innych, z chorobliwą podejrzliwością. „Chrześcijanin z kryjówki” to zaprzeczenie chrześcijaństwa. Chrześcijaństwo jest w jakimś sensie „szaleństwem”: potrafi ufać nawet wbrew nadziei. Tam, gdzie inni widzą koniec człowieka, chrześcijanin widzi jego nowe narodzenie. Tam, gdzie stoją mury oddzielające „swoich” od „obcych”, chrześcijanin pierwszy zabiera się do rozbiórki. Tam, gdzie innym chodzi tylko o wymianę dóbr „jeden do jeden”, chrześcijanin powtarza za św. Pawłem: „Nie sobie żyjemy, nie sobie umieramy…”.

Taki jest ostateczny sens poświęcenia: Bóg jest miłością i człowiek też chce być miłością. „Zdolność do miłości jest struną, na której każdy człowiek wygrywa swoją religię”[6]. Człowiek chce przejść przez życie, dobrze czyniąc. Człowiek chce siebie ofiarować. Jeżeli buduje kryjówkę, to być może dlatego, że nie do końca pojął, jaki ma być sens jego ofiary, nie zrozumiał, jaka jest różnica między ofiarowaniem siebie a cierpiętnictwem. Cierpiętnictwo jest bólem bez nadziei, bólem, który straszy i szantażuje. Owszem, ten ból bywa ponad siły człowieka… Jednak, aby możliwe było wyzwolenie, potrzebne jest takie spojrzenie na Krzyż, które widzi w nim nie tyle zawiedzioną miłość, ile miłość spełnioną, doprowadzoną do ostatecznych konsekwencji.
W jednym z ostatnich tekstów – krótkim rozważaniu zatytułowanym „Miłość” (włączonym po jego śmierci do książki „Miłość nas rozumie” – Tischner raz jeszcze wrócił do cytowanych słów św. Pawła. „Do prawdy dochodzimy rozmaitymi drogami. Przyznajmy, że są takie prawdy, do których dochodzi się również poprzez męczeństwo. Jedna z takich prawd jest prawda, że cierpiąc, cierpimy z Chrystusem. Nie żyjemy dla siebie i nie umieramy dla siebie. Czy żyjemy, czy umieramy, należymy do Boga. Dzięki temu odkryciu możemy mieć udział w Boskiej godności cierpienia. Niemniej nie cierpienie jest tutaj ważne. Nie ono dźwiga. Wręcz przeciwnie, cierpienie zawsze niszczy. Tym, co dźwiga, podnosi i wznosi ku górze, jest miłość”[7].

Tekst ukazał się w „Zeszytach Karmelitańskich” w nr 2/2003.

[1] Ks. Józef Tischner, „Myślenie o ethosie społecznym”, w: „Myślenie według wartości”, wyd. 3, Kraków 2000, s. 460.
[2] Tenże, „Pomoc w rachunku sumienia”, Kraków 2000, s. 42-43.
[3] Tenże, „Przeszedł, dobrze czyniąc”, w: „Miłość nas rozumie. Rok liturgiczny z ks. Tischnerem”, wybór i opracowanie Wojciech Bonowicz, Kraków 2000, s. 43.
[4] Tenże, „Praca nad nadzieją bliźniego”, w: „Świat ludzkiej nadziei”, wyd. 3, Kraków 1992, s. 100.
[5] „Przekonać Pana Boga. Z ks. Józefem Tischnerem rozmawiają Dorota Zańko i Jarosław Gowin”, Kraków 1999, s. 194.
[6] Tamże, s. 26.
[7] „Miłość nas rozumie…”, op.cit., s. 25-26.

2013-05-11T18:38:00+00:00 11 maja 2013|Bez kategorii|