Wiara Hennelowej

Strona główna/Aktualności/Wiara Hennelowej

Wiara Hennelowej

Ktoś mnie kiedyś zapytał, czy kiedykolwiek wątpiłam. Odpowiedziałam, że nie. Teraz nie mogłabym tak powiedzieć”, mówiła w wywiadzie udzielonym Arturowi Spornikowi Józefa Hennelowa.

Wywiad został przeprowadzony w marcu 2015 r., na krótko przed 90. urodzinami „Pani Ziuty”. Józefa Hennelowa rozpoczęła pracę w „Tygodniku Powszechnym” w 1948 roku jako korektorka. Potem była jego redaktorką, sekretarzem redakcji i do 2008 r. zastępczynią redaktora naczelnego. Regularnie publikowała w nim felietony, a czasem także większe artykuły. W 1989 r. należała do osób, które zgodziły się porzucić na pewien czas dziennikarstwo dla polityki. Nigdy jednak nie przestała pisać.

Oto fragmenty jubileuszowego wywiadu:

ARTUR SPORNIAK: Jakie Pani pamięta najwcześniejsze przeżycie religijne?

JÓZEFA HENNELOWA: Mieszkaliśmy na wileńskim starym mieście, na którym kościoły są co krok. Wychodząc od Zaułku Bernardyńskiego, w którąkolwiek z czterech stron świata się wyruszyło, szło się do przepięknie położonego kościoła: na północ była katedra, na południe uniwersytecki kościół św. Jana, a dalej Ostra Brama, na wschód gotycka św. Anna, wczesnogotycki kościół Bernardynów i rokokowy św. Michała, na zachód jeden z najpiękniejszych – maleńki kościół Bonifratrów. I właśnie z tym ostatnim mam wspomnienia. Stał przy zacisznym skwerku po drodze do szkoły. Zawsze był otwarty, w środku delikatnie oświetlony – stwarzał idealną przestrzeń do wejścia przynajmniej na chwilę w atmosferę religijną.

A ze wspomnień jeszcze wcześniejszych była Ostra Brama, bo ojciec zabierał tam moją siostrę i mnie bardzo często. To było miejsce zupełnie inne niż Jasna Góra – nie twierdza ze skrytą głęboko Madonną, tylko przestrzeń otwarta z Madonną czekającą w oknie na przechodniów. Mimo tej otwartości ludzie zachowywali się bardzo pokornie – pamiętam, że po schodach do kaplicy szli na klęczkach. Przechodziło się przez tę ulicę zawsze z odkrytą głową.

Trzecie wspomnienie to bardzo popularne wtedy nabożeństwa majowe. Doskonale pamiętam te z kościoła św. Michała, gdzie długi czas duszpasterzem był ks. Sopoćko, kierownik duchowy św. Faustyny. Zapamiętałam piękne śpiewy – ludzie śpiewali nieporównanie lepiej niż w dzisiejszym Krakowie. Zatem muzyka i ciepło atmosfery.

A religijność w domu?

Moja siostra, ja i wychowująca nas po śmierci mamy przyrodnia siostra ojca – lubiłyśmy śpiewać. W domu śpiewało się wszystkie możliwe piosenki: tradycyjne, powstańcze, religijne… Od kiedy pamiętam, ojciec śpiewał przy pracy godzinki, a w okresie Bożego Narodzenia kolędy – był bardzo muzykalny. Uwielbiał pastorałki – i śpiewał wszystkie zwrotki, tak jak później poznany przez mnie ks. Karol Wojtyła. Ojciec śpiewał nam także do snu – pamiętam, że bardzo lubił „Kto się w opiekę odda Panu swemu”. (…) Ta oczywistość śpiewów religijnych w naszym domu, ta naturalność modlitwy ojca poprzez pieśni była dla mnie pierwszą lekcją wiary. Jego wiara była tak oczywista, jak to, że się oddycha. Nie pamiętam w ogóle upomnień typu: dlaczego nie śpiewasz z nami, jak trzymasz ręce itp. Pamiętam natomiast, że ojciec szedł nam na rękę i jak byłyśmy jeszcze w wieku przedszkolnym, zabierał nas na msze bez kazania, abyśmy się nie nudziły. (…)

Kiedyś w rozmowie z osobą, która nie ukrywała, że jest bardzo zadziornie nastawiona do Kościoła i do życia religijnego, usłyszałam nagle wyznanie religijne. Zdarzyło się, że ta osoba znalazła się w wyjątkowo pięknej dolinie, jakby już nieziemskiej. Odebrała to jak doświadczenie nieba. Wstrząsnęło mną to wyznanie, ponieważ było sygnałem, że Pan Bóg pozwala doznać siebie człowiekowi, o którym mogłoby się myśleć: „Mój Boże, kiedy on wreszcie zatroszczy się o swoje życie religijne”.

Jest bliżej nas niż my sami – jak mówił św. Augustyn.

Bóg jest gdzie indziej, niż nam się wydaje. To moment odkrywania tajemnicy. Biedni są ludzie, którym tego brakuje. Natomiast jeśli mamy szczęście, odkrywamy koło siebie ludzi, którzy na pewno są blisko z Panem Bogiem, ponieważ jest w nich jakaś cisza i uśmiech – jakaś pogoda, bez żadnej demonstracji tego, co my nazywamy pobożnością. Przypuszczam, że te osoby dużo się modlą.

Czasem zdajemy sobie z tego sprawę ex post. Kiedyś odwiedził mnie znajomy, jak się potem okazało, na kilka dni przed swoją nagłą śmiercią, która nastąpiła we śnie w podróży. Zapamiętałam, jaki był radosny. Nie ucieszony – to coś zupełnie innego. Był tak radosny i tak otwarty, że jego wizyta stała się wyjątkową przyjemnością. Kiedy usłyszałam trzy dni później, że nie żyje, zrozumiałam, że był blisko tego innego świata. (…)

A co Pani sądzi o rozpowszechnianiu obrazków z wizerunkiem św. Jana Pawła II i z kawałkiem materiału potartym o jego relikwie?

Dostąpiłam tego szczęścia, że znałam Karola Wojtyłę, udzielał nam nauk przedślubnych, dawał ślub, chrzcił dzieci, błogosławił 25-lecie małżeństwa i napisał list na 50-lecie małżeństwa – więc dla mnie takie obrazki są kompletnie niepotrzebne. Nie czuję też potrzeby mówienia o nim per „święty”. Nie było nigdy żadnej wątpliwości, że on stoi bez porównania bliżej Pana Boga niż my. Nawet nie tyle był przewodnikiem, co ułatwiał poczucie bliskości Pana Boga. Wystarczyło zobaczyć go w kaplicy, żeby było wiadomo, iż rozmawia z Panem Bogiem bezpośrednio. Rozumiem, że takie obrazki są komuś potrzebne jako namiastki jego obecności.

Przyznaję, że nigdy swojej wiary nie starałam się kierować np. na uzdrowieńczą moc relikwii. Pan Bóg pewnie chce decydować, co wybiera dla kogo i kiedy komu co pomaga. Ale przypominam, że nawet Wanda Półtawska, uzdrowiona nagle przez Ojca Pio, przez długie dni nie mogła się pogodzić, że otrzymała cud. Zanotowała w swojej książce „Beskidzkie rekolekcje”, że było jej z tym bardzo trudno.

A pobożność związana z kultem obrazu „Jezu, ufam Tobie”?

Siostra Faustyna napisała bardzo dziwny dzienniczek. Wolę dialog św. Teresy Wielkiej, cytowany np. przez Tadeusza Żychiewicza, niż obraz Pana Jezusa pouczającego siostrę Faustynę, że to jest właśnie Jego język i Jego świat. Pamiętam cytat z „Dzienniczka” wybity na okładkę „Gościa Niedzielnego”: „Sekretarko Mojego miłosierdzia, pisz, mów duszom o tym wielkim miłosierdziu Moim, bo blisko jest dzień straszliwy, dzień Mojej sprawiedliwości” (965). Dlaczego tu pada słowo „straszliwy”? Zupełnie nie umiem sobie z nim poradzić.

Natomiast obraz „Jezu, ufam Tobie” dla bardzo wielu, co jest zastanawiające, oddziałuje mocniej niż wszystkie inne. Widocznie mam duszę trochę prawosławną, ponieważ dla mnie obraz nie może być tłumaczony tak realistycznie: krew, woda, serce przebite… Dla mnie obraz religijny musi być jakimś znakiem, transmisją obecności za pomocą symboli. Moim wzorcem jest oczywiście Matka Boska Ostrobramska. Ale obrazek „Jezu, ufam Tobie” mam w domu – zżyłam się z nim podczas wojny. Żaden intelektualista nie musi się przeciwko niemu buntować. Niech się po prostu ludzie nim cieszą.

Czym jest dla Pani modlitwa?

Czy to się da powiedzieć w jednym słowie? Jest modlitwa, którą mnie Kościół otacza i której jestem świadkiem, i jest modlitwa, która jest moim odniesieniem się do Pana Boga. Zdaję sobie sprawę, że nie umiem się modlić tak jak święci. Nawet nie wiem, jak oni to robią, że w modlitwie przestają istnieć i jest tylko Pan Bóg. W każdym razie modlitwa jest wyrazem czegoś najbardziej osobistego, co się w sobie ma – wszystko jedno, czy to jest to najlepsze, czy najbiedniejsze i najbardziej godne pożałowania.

Jest lepsza i gorsza modlitwa?

Mówię o tym, co jest w człowieku. Ale oczywiście, że jest gorsza modlitwa – np. bezmyślna. Człowiek klepie zdrowaśki, a myślami jest w świecie swoich pretensji czy lęków. Ale i tak ona się jeszcze czegoś trzyma.

W szkole przed wojną przeszłam przez okres naiwnego wychowania religijnego, gdyż uczono nas przede wszystkim praktyk: różne nabożeństwa, różaniec, Sodalicja Mariańska, pierwsze piątki, pierwsze soboty – zawsze się coś „odrabiało”. Nie wiem jak w innych krajach, ale polski Kościół cały czas żyje wędrówką takiego czy innego obrazu lub relikwii.

To, co odkrywał Prymas Wyszyński jako praktykę w wojnie z PRL-em o dusze ludzi, dzisiaj powtarza się na zasadzie wiary, że to ma wartość samą w sobie.

Ulubione modlitwy?

Odkąd nie mogę czytać, na nowo odkrywam różaniec, ale często nie trzymam się konkretnych tajemnic. Różaniec nie musi być tak bez litości powtarzany, można przecież wybierać z Ewangelii różne momenty. Zwłaszcza od kiedy Jan Paweł II dołączył czwartą część – tajemnicę światła. A z ulubionych modlitw liturgicznych najpiękniejsze są dla mnie Lamentacje Jeremiasza z wielkopiątkowej Ciemnej Jutrzni. Jedna z lamentacji zaczyna się obrazem: „Jak opustoszało miasto pełne ludzi”. To słowa wstrząsające! (…)

„Czasem się człowiek za tę wiarę chroni, czasem z nią szarpie, a czasem nabiera sił do życia dopiero, gdy stając przed prawdą odnajduje sens swojej egzystencji” – pisała Pani.

Uczę się, że trzeba ciągle pamiętać, iż życie nie jest jeszcze skończone i jeszcze są przed człowiekiem doświadczenia, o których myślał, że ich już nie dozna. Ktoś mnie kiedyś zapytał, czy kiedykolwiek wątpiłam. Odpowiedziałam, że nie – owszem buntowałam się nieraz, ale nigdy nie wątpiłam. Teraz nie mogłabym tak powiedzieć. Wydaje mi się czasami – zwłaszcza po różnych doświadczeniach związanych po prostu najzwyczajniej z ludzkim przeżywaniem chorób czy starości – że może być taka sytuacja wątpienia. Muszę sobie wówczas przypominać Małą Teresę z Lisieux, która też mówiła, że ma kompletnie ciemno. Wówczas wiara jest chronieniem się. Albo nie wychodzi w ogóle chronienie się – mogą być momenty rozglądania się bezradnie.

W ogóle jeśli chodzi o siebie samego, niczego nie ma się zapewnionego na starość. Zresztą, tak jak z całą egzystencją – nigdy nie wiadomo, czy człowiek będzie zdrowym, mądrym, lubianym, czy nie zmieni mu się charakter na piekielny i nie stanie się nie do zniesienia.

Muszę wreszcie na któreś pytanie zacząć odpowiadać: „nie wiem”, bo dopiero wtedy będzie to uczciwy wywiad…

Rozumiem, że taka właśnie jest odpowiedź na pytanie: jak będzie w przyszłym życiu?

Rzeczywiście, nie wiem, ale tak dogłębnie nie wiem. (…) Nie wiem, jaki rodzaj zawierzenia będzie ratunkiem na ostatni moment. Teraz się nad tym ciągle zastanawiam; odkąd wybrałam sobie ten margines pisania w „Znaku” – „Coraz bliżej albo coraz mniej”, staje się on coraz bardziej względny. Ponieważ wcale nie jest coraz bliżej. Coraz bardziej można odkrywać, że człowiek będzie żył jeszcze dłużej, niż myślał. Po co się zatem przygotowywał – przecież jeszcze wcale nie pora? Kompletnie już nie wiem, co z tym można począć. Jedni, owszem, odkrywają, że się przepięknie duchowo rozwinęli, ale inni się pewnie pogubią. Bo ludzie się gubią w najdziwniejszy sposób. A powiedzenie sobie, że chcę uzyskać jakąkolwiek odpowiedź, zanim pójdę na tamtą stronę… Pan Bóg może sobie wcale tego nie życzyć.

Napisała mi żona zmarłego niedawno znajomego, bardzo zaangażowanego w pojednanie polsko-litewskie, człowieka o prostej, głębokiej pobożności, że jego umieranie trwało minutę. No, to jest ta łaska – Pan Bóg obie ręce wyciągnął i prędziutko go przytulił. Ale tylko niektórzy tej łaski dostąpią. Pytanie: dlaczego musimy tak umierać? Mało tego, jak sięgnąć w historię, ludzie zawsze umierali także w straszliwych ciemnościach. Gdzie my ich odnajdziemy?

W jaki sposób Jan Paweł II, autor „Tryptyku Rzymskiego”, potrafił przyswoić i nawet się jakoś twórczo otworzyć na „Sąd Ostateczny” Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej? Przecież te malowidła są wyrokiem! To dla mnie kompletna tajemnica. Teraz mam więcej pytań niż kiedykolwiek. Świat pokazuje się jako niewiadoma. Nic nie wiemy, co będzie po drugiej stronie, poza tym jednym, że jesteśmy dla niej stworzeni.

Cały wywiad można przeczytać tutaj.

Autorem zdjęcia jest Adam Walanus.

2017-11-20T13:57:12+00:00 25 listopada 2017|Aktualności|