Wakacje z Tischnerem (8): O przyszłości Kościoła

Strona główna/Bez kategorii/Wakacje z Tischnerem (8): O przyszłości Kościoła

Wakacje z Tischnerem (8): O przyszłości Kościoła

Dla tych wszystkich, którzy jeszcze odpoczywają, i dla tych, którzy wprawdzie pracują, ale myślami są jeszcze na wakacjach, publikujemy ostatni tekst z naszego wakacyjnego cyklu. Jest to wystąpienie ks. Tischnera wygłoszone w 1996 r. na konferencji zorganizowanej z okazji 50-lecia miesięcznika „Znak". W druku ukazało się ono pod tytułem „Kościół łaski”.

Pytanie o przyszłość Kościoła w Polsce skłania nas do refleksji nad problemami, przed którymi stanie jutro polskie społeczeństwo, oraz nad problemami, przed którymi stanie sam Kościół. Zacznijmy od pytań dotyczących społeczeństwa.
Najpierw jednak kilka słów wyjaśnienia.
Kościół nie jest celem sam dla siebie. Kościół ma prowadzić ludzi do zbawienia i tym samym przyczyniać się do tego, by życie człowieka na ziemi było „bardziej ludzkie”. Wypełniając swe posłannictwo, Kościół głosi ludziom Dobrą Nowinę. Główną siłą Kościoła jest siła Dobrej Nowiny. Wszystkie inne moce i siły, jakim podlegają w swym życiu ludzie, nie mogą się równać mocy zawartej w Dobrej Nowinie. Przyjęcie Dobrej Nowiny wymaga uprzedniego otwarcia, które nie jest możliwe bez wolności. Dobra Nowina budzi ze snu wolność, aby dzięki wolności zakorzenić się we wnętrzu człowieka. Wynika stąd, że główną troską duszpasterza winno być docieranie do źródeł, czyli do tej siły, jaka tkwi w „dobroci” Dobrej Nowiny, aby ona mogła bezpośrednio działać i zbawiać człowieka. Mistycy mówią, że działanie Boga na duszę jest jak działanie światła na szybę: światło samo przenika przez szybę, gdy szyba jest czysta. Światło nie potrzebuje dodatkowego napędu. Scholastycy mówili: bonum est diffusivum sui. Jeśli jakiś człowiek odrzuca Dobrą Nowinę, należy rozważyć, czy jakiejś winy nie ponosi duszpasterz, który zamienia Dobrą Nowinę w „złą nowinę”. Na tym polega ewangeliczny samokrytycyzm duszpasterza.
Oczywiście, ludzie odchodzą od wiary, buntują się przeciwko Kościołowi. Istnieją także „fałszywi prorocy” i ich „fałszywe proroctwa”. Odejścia te i bunty muszą być jednak umieszczone we właściwej perspektywie. Tylko demon buntuje się przeciwko Bogu dlatego, że Bóg jest dobry. Człowiek natomiast ucieka i buntuje się jedynie wtedy, gdy mu się wydaje, że dobro jest dla niego czymś złym. Wtedy zadaniem duszpasterza jest rozwianie tej iluzji – oczyszczenie szyby, przez którą światło wpada do wnętrza.
Jest w tej postawie coś z pesymizmu i optymizmu. Pesymizm wyłania się z historycznego doświadczenia, które uczy nas, że szyby się brudzą. Ale pesymizm ten jest przezwyciężany przez najgłębszy optymizm, który odkrywa, że „Bóg sam działa”. Nie ma lepszej drogi dla duszpasterza, jak bezustanne stawianie człowieka twarzą w twarz wobec źródłowej siły Dobrej Nowiny.

Spójrzmy obecnie na otaczający Kościół świat, spójrzmy na Polskę. Polska musi w najbliższym i dalszym czasie rozwiązać kilka stojących przed nią sprzeczności. Czy Kościół pomoże w ich rozwiązaniu czy też rozwiązanie przyjdzie niezależnie do Kościoła?
Najpierw sprzeczność między tradycja narodową a nadziejami europejskimi. Pękły żelazne kurtyny, Polska powoli odzyskuje swe miejsce w Europie. Rysuje się podstawowe pytanie: czym ma być dla Polaków polskość a czym europejskość? Każdy naród, jak mówił przed kilkoma laty w Castel Gandolfo E.-W. Bökenförde, widzi i rozumie siebie poprzez dzieło, które stworzył w historii i które napawa go dumą, oraz poprzez klęskę, jakiej doznał, która napawa go lękiem. Jakie historyczne dzieło jest wspólnym dziełem Polaków? Jaka klęska klęską Polaków? W którym miejscu i czasie „my” jesteśmy naprawdę „my”?
Kiedyś Norwid pisał, że narody łączą się nie tylko przez to, co jest im wspólne, ale i przez to, przez co się różnią. Co Polska ma wspólnego z Europą, co Polskę różni od Europy, ale różni tak, że różnice te mogą być ubogaceniem Europy? Czy jesteśmy dziś w stanie odpowiedzieć na te pytania?
Cokolwiek by się rzekło, jest w Polsce Kościół, o którym się mówi, że jest jednocześnie najbardziej polski i najbardziej europejski. Na czym polega ten paradoks?
Myślę, że Kościół, który jest zarazem europejski i polski, uniwersalny i partykularny, może przyczynić się do rozwiązania sprzeczności, jakie powstają na drodze naszego powrotu do Europy.

Po wtóre: sprzeczności wynikające z budowy demokracji i demokratycznego państwa prawa na gruzach „dyktatury proletariatu” i prawa rozumianego klasowo. Rysuje się nowa perspektywa polityczna. Nadchodzące czasy będą wymagać bardziej powszechnego zaangażowania w życie polityczne. Polityka wkracza do wsi i miasteczek, do poszczególnych domów, zagarnia dla siebie ogromną część wyobraźni człowieka. Ukazuje się człowiekowi nie tylko jako działalność negatywna, ale przede wszystkim jako pozytywna troska o dobro wspólne. Polityka wymaga nowego poczucia odpowiedzialności – nowego w stosunku do tego, jakie istniało w okresie „dyktatury proletariatu”. Wymaga również elementarnej wiedzy – wiedzy o tym, czym jest a czym nie jest polityka, czym dobro wspólne, czym demokracja, czym państwo obywatelskie, jakie miejsce w życiu zajmują partie polityczne i jakie znaczenie mają wybory.
Podstawowa sprzeczność, jaka rysuje się dziś na drodze do demokracji, to sprzeczność między demokratycznym uniwersalizmem a mniej lub bardziej autorytarnym partykularyzmem. Po jednej stronie mamy ideę dobra wspólnego, po drugiej interes rozmaitych grup społecznych. Albo – nawiązując raz jeszcze do Norwida – po jednej stronie „moralne zjednoczenie”, po drugiej „koczowiska polemiczne, których ogniem niezgoda a rzeczywistością dym wyrazów”.
Myślę, że teoria dobra wspólnego w całości oraz poszczególne elementy tej teorii mogą w istotny sposób przyczynić się do wyprowadzenia polskiej wyobraźni społecznej z rozmaitych zaścianków, w których się zaklinowała.

Po trzecie: jesteśmy świadkami ogromnego postępu techniki, która jeszcze bardziej niż polityka wchodzi w naszą codzienność. Nie ma już wokół nas ani kawałka takiego świata, jaki wyszedł z rąk Boga – wszystko jest „przerobione” i „przystosowane”. Dotyczy to gospodarki, nauki, komunikacji. Nie ma również takiego świata w nas: jesteśmy sztucznie ogrzewani, sztucznie karmieni, sztucznie strojeni i sztucznie usypiani – no, może wyjąwszy sytuacje podczas rozlicznych zebrań, także jubileuszowych, kiedy to sen rodzi się z wnętrza naszej ludzkiej natury.
Czym charakteryzuje się techniczne podejście do świata? Przede wszystkim tym jednym: należy przedsiębrać i robić wszystko, co jest możliwe do zrobienia. Możliwość obejmuje władzę nad rzeczywistością. Dlaczego wyprawa na księżyc? Dlatego że jest możliwa. Podobnie w nauce, na przykład biologii, podobnie w gospodarce.
Stąd następna sprzeczność: między tym, co możliwe a tym, co powinno stać się granicą możliwości – miedzy homo faber a homo sapiens.
Sprzeczność ta ukazuje nam w nowym świetle konieczność etyki: rolą etyki jest nie tylko stawianie granic rosnącym możliwościom techniki, ale również ukazywanie różnic między tym, co konieczne, co potrzebne i co zbędne. Etyka jest także nauką o możliwościach, opartych jednak na innych niż siła przesłankach. Mówi się, że technika nie zna pojęcia wartości; miarą techniki jest technika siły. To jednak nie znaczy, że człowiek nie zna pojęcia wartości. Epoka techniki rodzi również pojęcia, które stawiają granice techniki: pojęcie natury, pojecie środowiska naturalnego, pojęcie prawa człowieka, pojecie godności człowieka czy w sferze ekonomii pojęcie wartości pozaekonomicznych, pojęcie „opcji dla ubogich” itd.

Powiedzmy jeszcze dwa słowa o wewnętrznym życiu Kościoła. Co tutaj wydaje się konieczne? Czy powtórne odczytanie nauki Soboru? Czy większe zaangażowanie świeckich? Czy zakorzenienie ducha dialogu? Czy zrobienie dziejowego rachunku sumienia? Niewątpliwie każda propozycja tego typu ma za sobą głęboką rację. Ze swej strony proponuję nieco inna perspektywę.
Kiedyś w dobie Reformacji toczył się w Kościele głęboki spór o sprawę, którą nazwano „być albo nie być Kościoła”. Była to sprawa łaski. Kościół jako szafarz łaski. A łaska jest podwójna: łaska objawienia i łaska zbawienia. Najpierw chciałbym powiedzieć: człowiek – także ten, który pędzi swój żywot nad Wisłą – niczego dziś bardziej nie potrzebuje jak właśnie łaski. Innymi słowy: pragnie wiary w „łaskawość” Boga, „łaskawość” Kościoła, „łaskawość” proboszcza a także „łaskawość” władz takich instytucji jak Znak. Św. Jan powiedział kiedyś, że Chrystusowi nie potrzebna było wiele mówić, bo „sam wiedział, co jest w człowieku”. Kościół powinien więcej rozumieć, trafniej objawiać i skuteczniej zbawiać. Myślę, że także dziś sprawa łaski to sprawa stantis et cadentis Ecclesiae.
W tym zawarte jest wszystko inne. W tym zawarta jest wolność i dialog. Przede wszystkim zaś zawiera się wolność od lęku – i to zarówno od lęku przed światem, jak od lęku przed swymi własnymi owieczkami, nawet gdyby miedzy nimi trafiły się groźne barany, wystawiające rogi ze szpalt miesięcznika „Znak.

2011-09-16T11:13:00+00:00 16 września 2011|Bez kategorii|