„Utopcie w Wiśle cały naród” – o ks. Jerzym Popiełuszce

Strona główna/Bez kategorii/„Utopcie w Wiśle cały naród” – o ks. Jerzym Popiełuszce

„Utopcie w Wiśle cały naród” – o ks. Jerzym Popiełuszce

W niedzielę 6 czerwca ksiądz Jerzy Popiełuszko został wyniesiony na ołtarze. Uroczystości beatyfikacyjnej na pl. Piłsudskiego w Warszawie przewodniczył delegat Ojca Świętego Benedykta XVI abp Angelo Amato, prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Z okazji tego wydarzenia przypominamy tekst homilii wygłoszonej przez ks. Józefa Tischnera jesienią 1984 roku w Nowym Targu. Homilia ta została opublikowana w książce „Polski młyn” (Kraków 1991).

Rozpoczęliśmy wczoraj Tydzień Kultury Chrześcijańskiej na Podhalu w okolicznościach dość niezwykłych. Mamy jeszcze w pamięci wydarzenia minionych dni – męczeńską śmierć księdza Jerzego i jego wielki, wstrząsający sumieniami pogrzeb. Cisną się nam na usta dwa pytania: co się właściwie stało i co z tego, co się stało, wynika dla nas, dla naszego życia i naszej pracy?
Zanim jednak spróbuję dać odpowiedź na te pytania, chcę na jedno zwrócić uwagę. Nie wiem, czy Wy tak odczuwaliście, ale ja czułem tak jakoś: dlaczego właściwie on a nie ja? Przecież tam, gdzie zasadą i źródłem czynu jest bezprawie, każdy może być zabity. Mógł być zabity każdy ksiądz tutejszej parafii, mogłeś być zabity ty – ty, który stoisz w tym kościele, i ty, który znajdziesz się poza kościołem. Sytuacja bezprawia zagraża wszystkim. Dziś on, jutro ty, twój brat, a nawet – powiedzmy to jasno – twój towarzysz. Wszyscy są podejrzani, wszyscy mogą być obwinieni, wszyscy mogą być zabici. A więc dlaczego on a nie ty, nie ja? Jestem głęboko przekonany, że nie ma w tej chwili w tym kościele człowieka, który by sobie nie mógł takiego pytania postawić. Ile razy zdarza się wśród nas przypadek bezprawia, tyle razy ciśnie się na usta pytanie: dlaczego właściwie on a nie ja? Bezprawie dopuszcza wszystko przeciw wszystkim. Każdy jest wtedy winny. Jeśli tak, to – proszę bardzo – utopcie w Wiśle cały naród.
Po tej refleksji postawmy kluczowe pytanie: co się właściwie stało? Aby na to pytanie odpowiedzieć, trzeba sięgnąć do języka religii, ponieważ zwykły język ludzki tu nie wystarczy. Religia zna słowo innym językom nieznane – słowo c u d. Tak, istotnie, stał się cud. Bo cóż to jest cud? Prawdziwy cud polega na tym, że ze zła, które zostało zamierzone, nie powstaje zło, ale wielkie niezmierzone dobro. Sprawdza się Ewangelia. Wyobraźmy sobie to konkretnie. Oto dzieje się coś złego: zniszczenie, zabójstwo, śmierć. Jakaś mroczna siła – która, jak kiedyś pisał Goethe, „ciągle mówi: Nie” – nawiedza ludzki rodzaj. Siła ta nie umie już niczego tworzyć, umie jedynie niszczyć. I niszczy. Widać, jak niszczy. Ale oto nagle, gdy zniszczenie ma dojść do szczytu i przemienić się w katastrofę, dzieje się coś niezwykłego i zamiast katastrofy mamy coś wręcz przeciwnego – narodziny, tworzenie. Krew męczenników staje się posiewem wyznawców. I tak się właśnie stało. Przebudził się naród. Stał się naród. Znów czystym dźwiękiem zagrało nad naszymi uszami słowo „ojczyzna”. Niby wszystko to już kiedyś było – a przecież jakby nie było. Stało się to, co naprawdę jest: Polska – wielki zbiorowy obowiązek. I to właśnie jest cud.
Wrzucono do Wisły księdza i Polaka. Ale Wisła jest jak matka. Wisła zwróciła nam męczennika, urodziła męczennika. A on zasiał w naszych duszach nowe ziarno Ojczyzny.
Teraz jeszcze ostatnie pytanie: co z tego wszystkiego wynika dla nas, dla naszego życia i dla naszej pracy? Pozwolę sobie przypomnieć wypróbowaną myśl Cypriana Norwida. Powiada on, że prawdziwy postęp ludzkości polega na tym, by „przez rozjaśnienie prawd i wcielenia dobra, broń największa, jedyna, ostateczna – męczeństwo, uniepotrzebniało się na ziemi”. Stało się męczeństwo. Skoro Bóg je dopuścił, widać było dla nas potrzebne. Bośmy może spali, może się ociągali, może stracili ducha. Trzeba nam było twardego zbudzenia ze snu. Zarazem trzeba nam było wskazówki: tak pracować, by nie było już potrzeba nowych męczeństw.
Każdy z nas, tu stojących, pracuje przy rozjaśnieniu prawd i wcielaniu dobra. Ojcowie, matki, duchowni znajdujący się w tym kościele i ci, którzy są gdzie indziej. Także wy – nauczyciele, wychowawcy. I wy – rolnicy, którym zawdzięczamy dobroć naszego chleba. Robotnicy, którymi ksiądz Jerzy opiekował się tak bezgranicznie. I wy – inżynierowie, lekarze, cała służba zdrowia, urzędnicy, sprzedawcy w sklepach, przewodnicy i ratownicy górscy, nawet zamiatacze ulic – wszyscy rozjaśniacie prawdy i wcielacie dobro.
Nasz codzienny obowiązek ukazał się nam dziś od nowej strony: pracujemy nad prawdziwym postępem w naszej Ojczyźnie. To nam doda nowych sił do pracy. Także ten Tydzień Kultury jest krokiem w tym kierunku. Kiedy jutro staniemy na naszym zwykłym posterunku, będziemy pamiętać, że pracujemy także po to, by „broń największa, jedyna, ostateczna – męczeństwo, uniepotrzebniało się wśród nas”.

2010-06-03T21:04:00+00:00 3 czerwca 2010|Bez kategorii|