Tischner we wspomnieniach: Nauczyciel dystansu

Strona główna/Bez kategorii/Tischner we wspomnieniach: Nauczyciel dystansu

Tischner we wspomnieniach: Nauczyciel dystansu

„Tak wrażliwy na słowo, rozmiłowany w tekstach literackich, był dosyć bezradny wobec sztuki. Dzisiaj mogę powiedzieć, jak większość intelektualistów w Polsce. Tyle tylko, że ksiądz Tischner przyznawał się do tego, pytał, chciał zrozumieć”. Publikujemy tekst Aldony Mickiewicz, który otrzymał pierwszą nagrodę w konkursie Wydawnictwa Znak na wspomnienie o ks. Józefie Tischnerze.

Nauczyciel dystansu

Rok akademicki 1980/1981. Drugi rok moich studiów na ASP w Krakowie. Minęła satysfakcja z dostania się na obleganą uczelnię, pojawił się zawód i wątpliwości. Sprawnie posługuję się ołówkiem i pędzlem. Potrafię nieźle narysować dłoń lub stopę oraz poprawnie skomponować martwą naturę. Tylko po co? Dlaczego mam malować nagiego człowieka we wnętrzu? Czy tylko po to by studiować anatomię? Czy to wystarczy? Czy odnajduję w tym jakiś inny, głębszy powód? Na te i wiele innych pytań akademia nie odpowiada.

Zajęcia teoretyczne traktowane są przez studentów, a co gorsza także przez profesorów jako zło konieczne. Moje zeszyty do zajęć z filozofii zapełniają głównie rysunki – np. „profesor B. dochodzi – powoli – do bardzo precyzyjnych wniosków”. Przeżywam poważny kryzys sensu lub – jak inaczej można by go określić, powołania. Pod wpływem lektury św. Jana od Krzyża i św. Teresy z Avilla zaczynam z naiwnym entuzjazmem rozmyślać o wstąpieniu do Karmelu. Od kolegi z roku dowiaduję się o otwierającym się dla świeckich Papieskim Wydziale Teologicznym, o wykładach księdza Tischnera.

Niespodziewanie dla samej siebie odkrywam, że znajduję się w grupie rozmaitych dziwaków biegających za księdzem Tischnerem po całym Krakowie. Dzisiaj widzę jak byli barwni i piękni, nie tylko pięknem młodości. Bożena w kolorowych włóczkowych beretach, zawsze ze skrzypcami. Piotr, jak nikt inny potrafiący słuchać, a kiedy trzeba także zaśpiewać całego „Mesjasza” Haendla. Roznoszący mleko Jacek, po każdej nowej lekturze weryfikujący otaczający go świat i z pasją rozprawiający o muzyce klasycznej. Wegetarianin Klemens, wyglądający jak kameduła na przepustce, a uczący matematyki w szkole. Chłopczyca Małgosia podążająca krok w krok za Mistrzem. Georg, który specjalnie przyjechał z Niemiec, by studiować u Tischnera i był nieoceniony przy tłumaczeniu pojęć z „Sein und Zeit”, a potem biegający na antykomunistyczne manifestacje w Nowej Hucie. Tadeusz z wielką torbą szermierczą studiujący wówczas na trzech uczelniach.

Wkrótce ta nowa aktywność pochłonie mnie bardziej niż „uprawianie sztuki”. Urywam się z rysunku wieczornego, by pędzić, na szczęście blisko, na Warszawską, do szkoły aktorskiej, z zajęć przedpołudniowych by gnać na UJ, w międzyczasie na seminarium w sali przy kościele św. Anny. Co miesiąc wydaję stypendium (archiwalne numery kosztują zwykle 60 zł) na stare Znaki z tekstami księdza, wygrzebane w księgarni – cóż to było za miejsce! – na św. Krzyża. Jaka radość odkrywać teksty Tischnera z lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych, a niejako przy okazji – Bubera, Gilsona, Stróżewskiego. Z wypiekami na twarzy zapełniam kolejne kajety. Tam nie ma szkiców, staram się notować wszystko, każde słowo, nawet góralskie dowcipy. Wykłady księdza Tischnera, a potem także Tarnowskiego, ks. Życińskiego, o. Kłoczowskiego, księdza Usowicza („jakie jest Arche tego świata?”) i innych otwierają całkiem nowe przestrzenie, nie zażegnują jednak kryzysu powołania, przeciwnie, pogłębiają go. Tutaj – fenomenologia ducha Hegla, a tam postkolorystyczny problem unikania „dziury w obrazie”. Tu – prześwit bycia Heideggera, tam studiowanie banalnych martwych natur. Tu dialog spotkania, tam wyklejanki na strukturach wizualnych. O ileż ważniejszy i ciekawszy wydawał mi się wtedy świat filozofii, nawet jeśli nie potrafiłam „poskładać wszystkiego do kupy” i miałam pełną świadomość odsłaniania się tego świata dla mnie tylko fragmentarycznie, cząstkowo. Czymże była wobec niego manualna sprawność, akademickie studia aktu, czy ćwiczenia z kompozycji.

A przecież to właśnie ks. Tischner, być może bardziej niż ktokolwiek inny w tym czasie, utwierdzał mnie w pierwotnym wyborze. Tak wrażliwy na słowo, rozmiłowany w tekstach literackich, był dosyć bezradny wobec sztuki. Dzisiaj mogę powiedzieć, jak większość intelektualistów w Polsce. Tyle tylko, że ksiądz Tischner przyznawał się do tego, pytał, chciał zrozumieć. Nie pamiętam, czy to ktoś z nas, z grupy studentów ASP chodzących na jego wykłady, poprosił go o pozowanie, czy też on sam nas do tego sprowokował, dość, że dane nam było pracować nad jego portretem. W ciągu kilku bezcennych posiedzeń powstały dwa obrazy oraz mój rysunek. Tischner – tak przecież żywotny i witalny! – okazał się znakomitym, nietypowym modelem, który uczy się od portretujących. Pytał nawet o technologię. Stłoczeni w niewielkim, tonącym w książkach pokoju na św. Marka, przejęci i zachwyceni próbowaliśmy „zabrać część duszy portretowanemu”, a nie było łatwo. Pamiętam, że mimo tej zdawałoby się neutralnej, pracownianej sytuacji czułam się zażenowana, chowałam się ze swoją deską za duże płótna Małgosi i Tadeusza. Wszak portretujący wchodzi w pewną cielesną i duchową intymność modela. Kształt małżowiny, brodawki, zmarszczki, włosy, zmęczenie, zamyślenie, nuda, wszystko podchwycone, bezwzględnie opisane, zobiektywizowane. W jakimś momencie dostrzegłam nieznacznie prujący się na ramieniu szew sutanny, uchwyciłam się tego z nadzieją na tak potrzebny w tych okolicznościach dystans. Na moim rysunku szew jest już mocno rozpruty.

Pewnej niedzieli ksiądz Tischner zabrał nas na szczególną wycieczkę. Pragnął pokazać nam kilka nowych realizacji sakralnych, był to przecież, paradoksalnie, czas wznoszenia ogromnej ilości nowych świątyń. Niezwykłe było to, że pytał nas, studentki ASP o zdanie, że to on pragnął się dowiedzieć, co o nich myślimy. Wylewnie witani przez proboszczów (oni na szczęście nie pytali), goszczeni na ich tonących w kryształach plebaniach, doświadczyłyśmy swoistego polskiego, prowincjonalnego kościoła. Zdecydowanie mocniejsze było to doświadczenie obyczajowe aniżeli estetyczne.

Jednym z największych artystycznych wyróżnień był – i pozostaje do tej pory – fakt opowiadania o jednym z moich obrazów na wykładzie ks. Tischnera w Instytucie Nauk o Człowieku w Wiedniu. Ale nie tyle o tym, co można było na nim zobaczyć, ile o nieobecnym tam człowieku, który właśnie odszedł, pozostawiając na białym obrusie pustą, nadtłuczoną szklankę z wodą. Tej wody nie można wypić, by się przy okazji nie zranić. Zaspokojenie pragnienia grozi okaleczeniem. Tischner wysnuł stąd całą opowieść o tym, czego wprost na obrazie nie było. Nieobecny tam człowiek, który naznaczył jakąś przestrzeń swoim byciem, zainteresował księdza profesora. Jak mówił – „obraz dał do myślenia”. Do tej pory myśl o tym napełnia mnie wdzięcznością i dumą.

Mija drugi rok uporczywego biegania za Mistrzem. Nie wiem, czy z troski o naszą formację religijną, czy raczej, jak się później okaże, artystyczną, ks. Tischner kontaktuje nas z ruchem „Communione e Liberazione”. Chyba nie do końca zdajemy sobie wtedy sprawę, z jak poważną misją przyjeżdżają, po co robią wysiłek nauki języka polskiego, jak wysoko w hierarchii organizacji postawione są osoby przedstawiane nam przez Tischnera. Wiele z tego czasu migawek, obrazów, nawet smaków. Siedzimy z Włochami na kocach w jakimś sadzie na Podhalu. Z nami ksiądz Tischner i profesor Grygiel tłumaczą Włochom pełną paradoksów sytuację Kościoła w Polsce. Załatwionym z kurii dostawczym, pełnym much samochodem jedziemy z Włochami do Niedzicy, gdzie oglądamy zamek. Nie robi na nich wrażenia (ciekawe dlaczego?!). Za to ja do dzisiaj pamiętam smak parmiggiano, który wtedy jadłam po raz pierwszy. Siedzimy przed bacówką księdza w Łopusznej, jedząc jakieś pyszne jabłka. Młodzi włoscy filozofowie zaśmiewają się z góralskich dowcipów. W końcu przyjeżdża sam don Giussani, charyzmatyczny założyciel ruchu. W góralskim pensjonacie spędzamy z „Communione” kilka dni. Są konferencje, modlitwy, świadectwa, zaczynamy rozumieć powagę sytuacji. Pytamy, analizujemy, poddajemy w wątpliwość. Wszak tego m.in. uczył nas Tischner. Młodzi działacze ruchu pytają, dlaczego Tadeusz chce być „advocatus diaboli”. Wbrew oczekiwaniom nie współtworzymy ruchu w Polsce, robią to inni. Kontakty z ruchem zaowocowały jednak niespodziewanie kilka lat później, kiedy to dzięki nim dane nam jest zwiedzić wiele miast we Włoszech, co byłoby niemożliwe z niewielkiego stypendium męża. Ksiądz Tischner stara się o stypendium także dla mnie, oraz poleca nas członkom ruchu. Trafiając do kolejnych wspólnot (są wszędzie), zwiedzamy Italię, smakując znane dotychczas tylko z radzieckich albumów arcydzieła i rozpoczynając naszą trwającą do dziś fascynację.
Z księdzem Tischnerem wiąże się także dla mnie wspomnienie bardziej niż inne osobiste, choć przecież wspomnienia ze swej natury są tak bardzo nasze, własne, bardziej niż cokolwiek innego. Pewnego razu zostaję zaproszona na rozmowę. Nie wiem, czy byłam bardziej przejęta, czy zaciekawiona, co też ksiądz profesor może ode mnie chcieć. Okazuje się, że zna moją dziwną sytuację uczuciową w tym czasie, zdaje się ją rozumieć i rozpoznawać bardziej niż ja sama. Po trzydziestu latach pamiętam deseń obrusu na stole, przerażenie, kotłowaninę myśli i cisnące się pytania, żadne niewyartykułowane na głos. Tymczasem Tischner swoim kojącym, pięknym głosem opisuje dwóch potencjalnych „kandydatów do mojej ręki”. Z właściwą sobie swadą kreśli sylwetki chłopców, swoich studentów, nie deprecjonując żadnego z nich. Obaj wspaniali, choć różni. Jakże więc mam wybrać? Okazuje się jednak, że wybór będzie nie tylko wyborem osoby, ale także roli, jaką przyjdzie mi pełnić. I znowu opis (fenomenologiczny?): w jednym przypadku będzie to rola matki ze wszystkimi tego konsekwencjami, w drugim rola Muzy. Buntuję się (a wszystko po cichu) – jakże to, nie ma trzeciej możliwości? Jestem już „skazana”? Dlaczego nie Karmel, lub romantyczny mit „całkowitego oddania się sztuce”?! Ksiądz, dostrzegając moje przerażenie i zakłopotanie, rozładowuje sytuację, mówiąc: „A w ogóle to nie ma się czym tak przejmować, bo to przecież nie na wieczność, tylko na kilkadziesiąt lat. Czterdzieści, może pięćdziesiąt”. Olśnienie. Rzeczywiście! Dramatycznie jawiąca mi się perspektywa wiecznego macierzyństwa lub wysiłku nieustannego inspirowania zostaje złagodzona. Idziemy potem Plantami, kilka przechodzących osób kłania się księdzu profesorowi. Z każdym krokiem godzę się na swoje przeznaczenie, a więc dobrze, będę Muzą lub matką, nie ma trzeciej możliwości.

20 czerwca 1984 roku ksiądz Tischner , a jakżeby inaczej, udziela nam błogosławieństwa (a jednak zostałam Muzą). Wybieramy piękny krakowski kościół św. Krzyża. Młodzieńczo ortodoksyjni rezygnujemy ze sztucznego oświetlenia i mikrofonów. Donośny, głęboki głos księdza wcale ich nie potrzebuje. Mówi o wyborze krzyża, dokonującym się na całe życie, ale potwierdzanym w każdej jego chwili. Niektórzy goście mają wątpliwości wyrażane potem na „weselnym wernisażu” zorganizowanym przez nas na strychu kościoła, czy aby homilia o krzyżu jest właściwa na okoliczność ślubu.

Zaczyna się tzw. „dorosłe życie”, aktywność zawodowa, ciekawe czasy drugiego obiegu, zmagania o miejsce do życia i do pracy. To ksiądz Tischner zmusza nas niejako do rozpoczęcia budowy domu – od dachu. Daje nam znać, że jest do kupienia gont, rzecz jasna – kupujemy. Układamy go potem przez wiele dni na zupełnie pustej, porośniętej olbrzymimi pokrzywami działce. W końcu siedząc na tej górze gontu Tadeusz po raz pierwszy rysuje nasze włości. Mając materiał na dach, musimy rozpocząć budowę domu, borykamy się z tym wiele lat.

Z daleka czytamy i nasłuchujemy naszego Mistrza. Nastają czasy wielkiej wrzawy wokół niego. Wiadomość o jego chorobie przyjmujemy z niedowierzaniem, trudno wyobrazić sobie kogoś bardziej witalnego.

2 lipca 2000 roku uczestniczymy w niezwykłym pogrzebie księdza Tischnera w Łopusznej. Morze ludzi. Wracając, grupa przyjaciół, tę przyjaźń także jemu zawdzięczamy, zatrzymuje się po drodze w naszym, zbudowanym od dachu domu. Siedzimy na tarasie, zapada zmrok, wspominamy. W końcu ktoś mówi to na głos: dzisiaj ostatecznie pogrzebana została nasza młodość.
W 2010 roku leżąc na szóstym piętrze szpitala onkologicznego, przypominam sobie słynne tischnerowskie „nie uszlachetnia”. Żałuję, że nie odważyliśmy się odwiedzić księdza w szpitalu. To pomaga mi jednak zrozumieć zakłopotanie wielu znajomych w mojej nowej sytuacji. „Nie uszlachetnia” wybrzmiewa wiele razy w ciągu następnych trzech lat, czasem ze znakiem zapytania. W przededniu kolejnej operacji odkrywam nagrany w komórce, pożyczonej od przyjaciół „tischnerowców”, wykład księdza profesora. Nie wiem, kiedy i do kogo, ale przecież teraz i do mnie, Tischner mówi: „Kiedy ufasz Bogu, to tak jakbyś zyskiwał nad Nim władzę. Kiedy człowiek powierzy Bogu swoja nadzieję, wtedy Bóg zatonie w ludzkim sercu, zniknie w przebóstwionym człowieku”.
Tego wieczora nie czuję lęku.

2013-05-28T12:00:00+00:00 28 maja 2013|Bez kategorii|