Tischner na Wielki Post: „Jezus wie, co zrobić z naszą winą”

Strona główna/Bez kategorii/Tischner na Wielki Post: „Jezus wie, co zrobić z naszą winą”

Tischner na Wielki Post: „Jezus wie, co zrobić z naszą winą”

„Jesteśmy z natury rzeczy skłonni do umywania rąk. Tam, gdzie natrafiamy na cudzą winę i cudzy grzech, tam się cofamy. Mamy litość, mamy miłość do grzeszników, ale nie możemy znieść tego, żeby ich wina była także naszą winą. Dlatego skazujemy grzeszników na samotność. Jedynie Jezus Chrystus postępuje inaczej”. Publikujemy fragment rekolekcyjnych rozważań ks. Józefa Tischnera.

Drodzy bracia, w swoim czasie na konkurs „Tygodnika Powszechnego” przysłała swoją wypowiedź Gabriela. Opisuje w niej smutne dzieje swojej rodziny i tragiczne losy swojego pożycia małżeńskiego. Oto po względnie możliwym okresie pożycia dowiaduje się, że mąż ją zdradza. Przez dłuższy czas usiłuje tą wiadomość zdusić w sobie i nie reagować. Pisze tak: „Momentem przełomowym była wiadomość, że mój mąż opowiada na lewo i prawo, zwłaszcza swej przyjaciółce, że mam kochanka. Z jego strony było to czyste oszczerstwo, gdyż, jak mi później wyznał, nigdy przez sekundę nie przypuszczał, że mogłam mieć kochanka. Działał świadomie w złej wierze, byle tylko utrzymać przy sobie tę kobietę, byle dłużej ją łudzić możliwością rozwodu”. W tym mniej więcej okresie bliski przyjaciel Gabrieli, od którego trzymała się na duży dystans, tak do niej mówi: „W tej chwili dałbym ci to głupie i niepotrzebne życie, byle by się twój mąż zmienił i byle ty byłabyś szczęśliwa”. Gabriela pisze dalej tak: „Wtedy cała moja silna wola skończyła się. A właśnie był to moment, kiedy zmysły, pożądanie, tęsknota nawet nie były ważne. I to nie one były u podstaw mojej słabości i grzechu”. Mimo że Gabriela jest wierząca, dochodzi do kolejnych zdrad męża. Tak to tłumaczy: „Potrzebuję przyjaźni, miłości jak powietrza i to jest do dziś największym niebezpieczeństwem dla mnie, dla mojej moralności. Świadomość, że ja swoją czułością, serdecznością, przyjaźnią, wreszcie sobą mogę dać choćby chwilę rozkoszy, wyrywa mi wszelką obronną broń z ręki. Nie jest ważne to, że ja jestem szczęśliwa, ważny jest ten drugi człowiek, który z taką tęsknotą szukał we mnie zrozumienia, jakiejś choćby na chwilę pełni szczęścia, harmonii”.

Potem, kiedy jej warunki życia jeszcze bardziej się pogorszyły, kiedy próby porozumienia się z mężem nie dały rezultatu, przychodzą dalsze upadki i inni mężczyźni. „Było to raz z litości, dosłownie z litości, współczucia, kiedy indziej z odwetu, cynizmu i goryczy. Nie wiem, zawsze potem jestem w rozpaczy, wściekła na siebie. Wyznaczam sobie oprócz spowiedzi i pokuty księdza inne wyrzeczenia. Poświęcam się dla dzieci, nie mam żadnych rozrywek, ale cóż z tego? Faktu się nie zmieni”. I jeszcze jeden fragment: „Wciąż myślę i wierzę, że więcej Boga grzechem śmiertelnym nie obrażę. I tak ma ze mną świętą cierpliwość. Chcę Mu być wierną nie tylko w rzeczach, których przestrzeganie nic nie kosztuje lub mało, ale i w tych dla mnie zasadniczych. I to nie dopiero wtedy, gdy będą miała siwe włosy i sto lat, ale i teraz, gdy tak namiętnie i zachłannie potrzebuję miłości, dawania i brania, gdy właśnie z innymi mężczyznami mam tak wielką pokusę patrzenia w samą głąb ich oczu i przeżywania choćby kilku chwil bardzo intensywnej miłości, choćby przez najmniejsze >>m<<, ale w tym momencie bezwzględnie szczerej”.

To może wystarczy… To wystarczy do zrozumienia sytuacji człowieka, który nie może znaleźć wyjścia z beznadziejnego impasu i jest zagrożony przez wewnętrzną śmierć. To nie jest, co prawda, śmierć ciała, ale to już jest śmierć, to już jest powolne konanie człowieczeństwa w człowieku. Ten paraliż ludzkiej zdolności stawiania czoła przeciwnościom to jest ta śmierć, która niesie ze sobą świadomość życiowej klęski. Człowiek jest obarczony ciężarem win. Widzi jednocześnie, że wszystko w nim i obok niego sprzysięgło się przeciwko niemu. Wszystko zmierza do tego, aby tę winę w nim pomnażać. Ta łańcuchowa reakcja win doprowadza do stanu rezygnacji, do opuszczenia rak. Potem może warunki się zmienią, człowiek się zestarzeje, może się przeniesie do innego miasta, okazje znikną – ale wina będzie trwać nadal. Bo wiara ma w sobie jakąś wewnętrzną inercję. Jest jak kamień, którego erozja zniszczyć nie może. I będzie w tym człowieku dzień po dniu narastać ta wielka świadomość grzesznika, świadomość winnego. I ta wielka samotność grzesznika: samotność, do której nie ma żadnego dostępu; samotność, do której nie chce wejść żaden człowiek; samotność, z którą nie chce żadnej wspólnoty ani wspaniały świat, ani wspaniały człowiek.

Człowiek nie chce wejść w cudzą winę. Tam, gdzie zaczyna się wina naszego bliźniego, tam my się cofamy, umywamy ręce. Usprawiedliwiamy się, mówimy: „To on, to nie ja”. I skazujemy ludzi winnych na ich wielką samotność w winie. I tak w tych ludziach obarczonych grzechem, winą narasta wewnętrzna śmierć, słabnie zdolność stawiania czoła przeciwnościom. Kiedy człowiek patrzy na Gabrielę, której wina przypomina mu jego własną winę, której samotność w winie przypomina mu jego własną samotność w winie, wtedy rozkłada ręce bezradnie i widzi, że w niczym nie może Gabrieli pomóc. Bo są ludzkie granice, poza które nie sięga ludzka pomoc. Są ludzkie granice, poza które nie sięgają ludzkie, przyjazne ręce.

Co, zdaniem Jezusa Chrystusa, kryje się za tymi granicami? Co tam wyrasta – tam, gdzie kończą się ludzkie ręce i ludzkie słowa, i ludzkie próby niesienia pociechy? Co tam jest? Według Jezusa Chrystusa w tym miejscu wyrasta ludzka potrzeba odkupienia. Gabriela nie potrzebuje słów. Ma winę – słowa są bezradne wobec twardej rzeczywistości winy. Gabriela potrzebuje odkupienia. Wraz z Gabrielą potrzebujemy odkupienia także my. Jezus Chrystus szczególnie jaskrawo i wyraźnie widział tę wewnętrzną śmierć i wewnętrzne umieranie człowieka zaplątanego we własną winę. Nikt, jak On, nie wniknął w tę głęboką, nienaruszalną rzeczywistość winy.

Świat nie jest najlepiej urządzony. Wielu ludzi o tym wiedziało i my też o tym wiemy. I wielu bardzo mądrych ludzi usiłowało rehabilitować Boga za świat, który stworzył. Od czasów Platona do czasów Gottfrieda Leibniza najtęższe umysły ludzkie wysilały się w tym celu, aby zrehabilitować Boga za zło i niedoskonałości, jakie na Jego świecie istnieją. A wszystkie wysiłki zmierzały do tego, aby za wszystko zło, jakie na świecie jest, odpowiedzialnym uczynić ludzką wolność. To człowiek miał być winny złu i grzechowi na świecie istniejącemu. I Chrystus, zdaje się, w swoisty sposób także dotknął tego wielkiego nieśmiertelnego zagadnienia: kto jest winny temu, że na świecie jest zło, że świat jest taki jaki jest?

Chrystus mówi, że miłość leżała u podstaw wcielenia. „Bóg tak umiłował świat, że Syna swego umiłowanego dał…” Miłość! Ale wydaje się, że nie tylko ta miłość Ojca do ludzi była u podstaw wcielenia. Wydaje się, że istniała tam także inna miłość: miłość Syna do Ojca. Syn zdecydował się na wcielenie dlatego, aby przez swój akt wcielenia „zrehabilitować” Ojca za świat, który stworzył. Od tego czasu wszystkie pięści, które z ziemi do nieba się podnoszą, aby Bogu grozić za zło na świecie istniejące, zatrzymują się na Jego krzyżu. Wielka idea, wielka koncepcja: nie teorią, nie słowem, ale czynem „rehabilitować” Boga za świat, który stworzył.

Miłość leżała u podstaw wcielenia. Nie tylko miłość do ludzi, także miłość Syna do Ojca. Przyszedł Chrystus i niósł w swoim wnętrzu jakieś wielkie i tajemnicze przeświadczenie. Oto On sam jest bez grzechu, ale mimo to niesie na swoich barkach grzechy naszego świata. Z jakiej racji? Dlaczego? Czy może On sam czuje się winny za to, że świat jest taki, jaki jest? Że został stworzony taki a nie inny? Wiadomo, że ludzie subtelni czują swoją winę, nawet tam, gdzie obiektywnie winy nie mają. Więc może jest w Nim ten straszliwy paradoks? Wprawdzie nikt mu grzechu nie dowiedzie, ale On i tak na swoich barkach ma winy i grzechy całego świata, wszystkich ludzi, i zachowuje się tak, jak gdyby tylko On był na tym świecie winny. Są to jednak winy ludzi. Bóg jest miłością. Bóg, stwarzając świat, nie popełnił grzechu. Bóg stworzył świat z miłości. Od początku do końca Chrystus będzie to ludziom powtarzał: akt stworzenia nie jest aktem upadku Boga, lecz aktem ukochania przez Boga ludzi i istnienia.

A więc Chrystus niesie na swoich barkach ten wielki ciężar win całego świata. I na tym tle rodzi się w świadomości Jezusa Chrystusa rzecz paradoksalna: rodzi się Jego tajemnicza wspólnota z grzesznikami. Moi drodzy, czy ktoś z was kiedyś próbował wspólnoty z grzesznikiem? Powiadam, my jesteśmy z natury rzeczy skłonni do umywania rąk. Tam, gdzie natrafiamy na cudzą winę i cudzy grzech, tam się cofamy. Mamy litość, mamy miłość do grzeszników, ale nie możemy znieść tego, żeby ich wina była także naszą winą. Nikt z nas nie może powiedzieć, że zbrodnia gestapowca palącego ludzi w krematorium jest także jego zbrodnią, naszą zbrodnią. To jest naturalne. Kto by się zagłębił w cudzą winę i chciał cudzą winę uczynić swą własną winą, ten byłby bliski szaleństwa. Dlatego my skazujemy grzeszników na samotność – inaczej byśmy nie potrafili.

Jedynie Jezus Chrystus postępuje inaczej. On ma winę każdego z nas. On wie, co z tą winą zrobić. Nikt Mu grzechu nie może dowieść, a jednak On zachowuje się tak, jakby na świecie nikt nie zgrzeszył tylko On. I poprzez tę winę jest bliski każdemu grzesznikowi. Jest bliski temu Herodowi, przed którym musiał uciekać do Egiptu. Jest bliski Piłatowi, który umył ręce. Poprzez winę jest także bliski Judaszowi, który Go zdradził. Bierze na swoje barki winę tego gestapowca, który palił ludzi w krematorium oświęcimskim. Jest bliski nam wszystkim poprzez naszą winę. „Nikt nie jest tak bliski chrześcijaństwa jak grzesznik”*; nikt, chyba że to będzie święty. Bo tylko na gruncie chrześcijaństwa grzesznik w swej winie i w swym grzechu może nie czuć się samotnym. Zawsze ludzkość skazuje grzeszników na samotność. Jedynie Chrystus postępuje inaczej. Kiedy zbrodniarz popatrzy w czeluście własnej winy i do dna je przeniknie, wtedy zobaczy, że on sam i jego wina spoczywa na barkach Jezusa Chrystusa, który z nią idzie na Golgotę.

Powyższy fragment pochodzi z rekolekcji wygłoszonych w 1966 roku i zamieszczonych w tomie „Nadzieja czeka na słowo”. Książkę nie jest już dostępna w sprzedaży, ale za pomocą strony internetowej można poinformować wydawcę, że jest się nią zainteresowanym. Potrzebne informacje można znaleźć tutaj. [http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,2972,Nadzieja-czeka-na-slowo]

Na zdjęciu: obraz pasyjny z kościoła w Łopusznej (stan przed renowacją).

2016-02-14T16:00:00+00:00 14 lutego 2016|Bez kategorii|