Tischner na Nowy Rok: Co to znaczy rozumieć drugiego?

Strona główna/Aktualności, Publikacje/Tischner na Nowy Rok: Co to znaczy rozumieć drugiego?

Tischner na Nowy Rok: Co to znaczy rozumieć drugiego?

„Dla mnie nicią przewodnią w refleksji nad człowiekiem są słowa św. Pawła: >>Dobra, którego chcę, nie czynię, a czynię zło, którego nie chcę<<. Ile razy mam na tyle czasu i skupienia, i siły, żeby w rozmowie z drugim człowiekiem, zwłaszcza w dramatycznych momentach, uprzytomnić sobie słowa św. Pawła, tyle razy mogę powiedzieć, że istnieje jakieś porozumienie pomiędzy mną a tym, z kim rozmawiam”.

Na przełomie starego i nowego roku pytamy wspólnie z Tischnerem: co to znaczy – rozumieć drugiego człowieka? Żyjemy w czasach, w których nad zrozumieniem góruje chęć osądzenia. Ludzi „rozumie się” według tego, gdzie przynależą, co czytają, pod jakim sztandarem się zbierają. Jeśli ten sztandar jest nam obcy, ludzie również stają się obcymi, a nawet wrogami. Tischner w jednym z kazań wygłoszonych w Paryżu na początku lat 90. podsuwa nam kilka intuicji, które być może pozwolą nam na drugich, różniących się od nas w taki czy inny sposób, spojrzeć nieco uważniej. Intuicje te wynikają wprost z jego rozumienia religii, a zwłaszcza chrześcijaństwa. Tischner pisze m.in. o tym, jak ważne jest, by przed Bogiem być raczej „orędownikiem” niż „donosicielem”, który składa donosy na zły świat. Oto fragment jego konferencji, która w całości ukazała się w tomie „Rekolekcje paryskie” 8 marca 1991 roku.

Jest taki piękny wiersz [Jerzego] Lieberta: „Uczę się ciebie, człowieku, / powoli się uczę, powoli. / Od tego uczenia”, tak jakoś tam biegnie, „Raduje się serce i boli. // Pod wieczór nadzieją powstaje, / Rano nikomu nie wierzy, / Czy wątpi, czy ufa – jednako / Do ciebie, człowieku, należy. // Uczę się ciebie i uczę / I wciąż cię jeszcze nie umiem, / Lecz twe poranne wesele / i troskę wieczorną rozumiem”. Myślę, że to bardzo wiele – powiedzieć, że się rozumie troskę wieczorną człowieka i jego poranne wesele.
Wydaje mi się, że dla nas dzisiaj trzy prawdy są szczególnie ważne, jeśli chodzi o tę sprawę uczenia się drugiego człowieka. Pierwsza prawda kojarzy mi się z postacią Abrahama. Ściślej mówiąc, kojarzy mi się z tą sceną, kiedy to Abraham usłyszał od Boga, iż nieprawość Sodomy i Gomory wzniosła się aż do nieba i Bóg postanowił zniszczyć te miasta. Co robi Abraham, który słyszy taką zapowiedź? Można sobie wyobrazić, że łapie się za głowę i mówi” „Boże, jak tak można?! A może w tych miastach jest pięćdziesięciu sprawiedliwych – i Ty chcesz razem z niesprawiedliwymi zniszczyć tych sprawiedliwych?!” Abraham staje się orędownikiem ludzi, orędownikiem miast. Ale potem przychodzi chwila refleksji, Abraham pewnie głębiej spogląda we wnętrze tych miast, i mówi: „No, może nie pięćdziesięciu, ale czterdziestu pięciu”. Potem znowu chwila refleksji – i tak liczba schodzi do pięciu. I Bóg mówi: „Jeżeli Abrahamie znajdziesz pięciu, to ja oszczędzę te miasta”. Myślę, że coś podobnego można odnieść do indywidualnego człowieka. „Jakże Ty chcesz karać tego człowieka Boże? A może w tym człowieku jest pięćdziesiąt procent sprawiedliwości, a tylko pięćdziesiąt grzechu? A może czterdzieści pięć, a może trzydzieści, a może tylko pięć procent?” Ważna jest tutaj postawa Abrahama. Abraham, stworzenie Boże, broni inne stworzenia Boże przed karą Boga.
W dzisiejszym świecie utrwaliła się postawa odwrotna: jesteśmy raczej świadkami rosnących skarg na Boże stworzenie. Nawet w modlitwie jest ta skarga obecna: „Boże stworzyłeś ten świat, dałeś mi ręce i nogi, ale jak mogłeś pozwolić, żebym ja nogę złamał, rękę zwichnął, przecież to jest skaza na Twoim stworzeniu”. To tak, jakby komuś dać do oglądania arcydzieło i patrzący na arcydzieło cieszył się, że może wynaleźć skazę na tym arcydziele. Ludzie zamiast być orędownikami stworzenia, stają się donosicielami Boga. Donos na stworzenie jest zawsze donosem. Ludzie nauczyli się na siebie donosić – i teraz przerzucają to samo na stosunek do Pana Boga i także stają się donosicielami Boga.
Kiedy przyjrzymy się bliżej Ewangelii, widzimy, że niemal zawsze przy jakimś cudzie, który Chrystus czynił, znalazł się jakiś orędownik. Kana Galilejska – trzeba było Matki Bożej, która powiedziała: „Wina nie mają”, żeby stał się cud. Młodzieniec z Nain, wskrzeszenie – szła matka za zmarłym, wdowa, gdyby nie jej orędownictwo, nie byłoby cudu. W przypadku Łazarza jest lament, płacz jego siostry. Nawet Chrystus – Chrystus, który umiera – wygląda na to, jakby potrzebował orędownictwa ze strony ludzi, żeby zmartwychwstać. Na świecie dzieje się bardzo wiele dobra. Ale jest jakaś ilość dobra, która jest uzależniona od orędownictwa człowieka. I to jest chyba zrozumiałe. Bo sytuacja jest prosta: Bóg, który słyszy modlitwę, nie chce przecież być gorszy od człowieka – od Abrahama, od tego, który oręduje. Jest przecież jakiś taki „wyścig serc” – serca Boga z sercem człowieka – i serce Boga nie pozwoli na to, ażeby „prześcignęło go” w dobroci serce człowieka.
Dlatego orędownictwo jest niezwykle potrzebne. Powiedziałbym nawet, że stajemy dziś przed koniecznością głębokiej zmiany naszej mentalności. Kiedy zagłębimy się na przykład w polską prasę, nawet tę katolicką, to raz po raz natrafiamy na jakąś skargę, na jakiś donos do Boga na człowieka. Zaraziliśmy się podejrzliwością, jesteśmy często „mistrzami podejrzeń”. Oczywiście, donos to przykra sprawa, dlatego zazwyczaj mówi się o skargach. Skarżymy Bogu na jego stworzenia. To bardzo nieładne zajęcie. I dlatego pierwszym krokiem do człowieka jest próba orędownictwa za nim. Człowiek potrzebuje tego orędownictwa. Poza tym przecież my także [go] potrzebujemy. Uczmy się orędować za człowiekiem, aby i za nami mógł ktoś orędować.
Ale orędownictwo to coś szczególnego. Mianowicie orędownictwo jest możliwe tylko w pewnej prawdzie. Kiedy Maria mówi: „Wina nie mają”, to oni tam naprawdę wina nie mają. Chodzi o to, ażeby tego człowieka, za którym mamy orędować, widzieć w jego prawdzie. To niesłychanie trudne – zobaczyć człowieka takim, jakim on jest. A jeszcze trudniej mu to powiedzieć. A już prawie niemożliwe często – przekonać go o tym. I dlatego sprawa jest niesłychanie delikatna i wymaga wielkiej mądrości i umiejętności. Musimy przecież sobie zdać sprawę z tego, że wszyscy żyjemy jakimiś złudzeniami. Często nawet tak jest, że gdyby nie złudzenia, to nasze życie byłoby niemożliwe do przeżycia. Często złudzenia stają się punktem wyjścia jakiegoś przedsięwzięcia i potem trzeba całych lat, żeby złudzenie z nas opadło. Historia człowieka to właściwie historia ogołacania go z rozmaitych złudzeń. Złudzenia są najczęściej przyjemne. Gdyby nie były przyjemne, to nie kleiłyby się do naszej duszy.
I dlatego mówiąc prawdę drugiemu człowiekowi, trzeba znać o nim prawdę Chrystusową. Jest w Ewangelii takie ładne powiedzenie, że Chrystusowi „nie trzeba było mówić, bo sam wiedział, co jest w człowieku”. Jest to coś niezwykłego – wiedzieć, co w człowieku jest. Ale człowiek najczęściej nam o tym nie powie, bo sam nie wie. Na tym często polega dialog wychowawcy i wychowanka, że człowiek w tym dialogu uświadamia sobie, co w nim naprawdę jest. Że otwiera uszy na głos wewnętrznego nauczyciela. I dlatego, żeby się uczyć człowieka, trzeba czytać Ewangelię, bo Ewangelia mówi o tym, co jest w człowieku. Jak to Pascal pięknie powiedział – że poznanie Boga rodzi pychę. Jest coś takiego jak pycha uczonych, którym się wydawało kiedyś, że znają tajemnicę Boga. I mówi Pascal: poznanie człowieka rodzi rozpacz. Rzeczywiście, można popaść w rozpacz, patrząc na historię człowieka, choćby na historię wieku XX. Ale, dodaje Pascal, poznanie Chrystusa jest środkiem, bo „w Nim poznajemy własną nędzę i własną wielkość”.
Dla mnie osobiście od szeregu lat taką nicią przewodnią w refleksji nad człowiekiem są słynne słowa świętego Pawła: „dobra, którego chcę, nie czynię, a czynię zło, którego nie chcę”. Święty Paweł zaczyna te słowa: „Nieszczęsny ja, człowiek…” I ile razy mam na tyle czasu i skupienia, i siły, żeby w rozmowie z drugim człowiekiem, zwłaszcza w dramatycznych momentach, uprzytomnić sobie słowa świętego Pawła, tyle razy mogę powiedzieć, że istnieje jakieś porozumienie pomiędzy mną a tym, z kim rozmawiam. Bo w sumie człowiek jest nieszczęsny. I nieszczęsny z powodu tego dramatu niesamowitego – że dobra, którego chce, nie czyni, a czyni zło, którego nie chce. I że w tym czynieniu i nieczynieniu człowiek potrzebuje i rady, i pomocy, a przede wszystkim potrzebuje zbawienia.

Autorem zdjęcia jest Adam Walanus.

2017-04-08T21:01:05+00:00 30 grudnia 2016|Aktualności, Publikacje|