Tischner do przemyślenia: „Na drodze do Emaus… (1)”

Strona główna/Bez kategorii/Tischner do przemyślenia: „Na drodze do Emaus… (1)”

Tischner do przemyślenia: „Na drodze do Emaus… (1)”

Podobnie jak w ubiegłoroczne wakacje, przypominamy w tym roku różne znane i mniej znane teksty ks. Tischnera, aby zachęcić do refleksji nad tym, co miał nam do powiedzenia. Tym razem przypominamy tekst bardzo znany – napisany w 1998 obszerny artykuł „Na drodze do Emaus, czyli Papież i jego krytycy”. Wsłuchując się w rozmaite głosy krytyki pod adresem Kościoła oraz poprzedniego i obecnego Papieża, warto przypomnieć te stonowaną i bardzo ciekawą polemikę Tischnera. Dziś część pierwsza.

Przeciętny mieszkaniec Zachodu wiedział o kardynale Karolu Wojtyle w dniu jego wyboru na papieża przynajmniej tyle, że przychodził on ze świata komunizmu, w którym działali ludzie zdolni do najwyższych poświęceń w imię wolności i prawdy. Totalitaryzm miał swoich katów i swoich bohaterów. Na Stolicy Piotrowej stanął jeden z bohaterów. Kojarzono z nim także kardynała Stefana Wyszyńskiego, a po jakimś czasie jeszcze Lecha Wałęsę. Wszyscy trzej przychodzili z „bohaterskiej Polski”. Nie stwierdzam tego sam od siebie, lecz cytuję rozmówcę – Niemca, który w czasie stanu wojennego jako kierowca ciężarówki przywoził nam pomoc. Mówił: „Co wy, Polacy, sądzicie o naszej pomocy? Nie powinniście sądzić, że pomagamy wam, by zmazać winy ojców, zaciągnięte w czasie wojny. Te winy są nie do zmazania. Pomagamy wam za to, co dziś nam dajecie: za Wyszyńskiego, Wojtyłę, za Wałęsę”. Papież przychodził ze świata, który pochłoniętemu troską o dobrobyt Zachodowi był coraz bardziej obcy, który jednak budził głęboki respekt.
Spotkanie z cudzym heroizmem wywołuje dwojakie reakcje: u jednych podziw, u innych lęk. Czy sprosta on wyzwaniom czasu? Ku czemu nas pociągnie? Czy do nas, zwykłych zjadaczy chleba, nie będzie przy¬kładał własnej miary?
Wśród uczuć podziwu, wątpliwości i lęku pojawiła się jednak również szczególna nadzieja – nadzieja na zawłaszczenie. W rozpalonym napięciami świecie każda siła chciała „mieć Papieża dla siebie”. Konserwatyści chcieli go mieć konserwatystą, liberałowie liberałem, demokraci oczekiwali demokratyzacji Kościoła, teologowie wyzwolenia „rewolucjonisty”, rzecznicy postępu domagali się nowoczesności, ludzie zatroskani o tożsamość nawoływali do wierności tradycji… Byli i tacy, którzy żądali, by małżonkowie mogli się rozwodzić, a duchowni mogli się żenić. Jeśli dodamy do tego oczekiwania komunistów i wezwania przeciwników komunizmu, otrzymamy ogrom¬ne kłębowisko sprzeczności. Za każdą postawą szły ostrzeżenia i obietnice: jeśli Papież mnie nie posłucha, Kościół czeka niechybna klęska, a jeśli posłucha, świat uklęknie przed Kościołem.
Można, oczywiście, przejść obok tych sprzeczności z obojętnym wzruszeniem ramion. W końcu one same nawzajem się znoszą. Można jednak również spojrzeć głębiej i zobaczyć w nich dramat czasu. Czy kiedykolwiek w historii był taki okres, w którym by oczekiwano od Kościoła tak wiele?
Nowy papież musiał w jakiejś mierze rozczarowywać. Nie można urzeczywistniać sprzeczności. „A myśmy się spodziewali…” – mówili uczniowie na drodze do Emaus. Rozczarowani występowali z krytyką. Jakież to były i są krytyki? Pomijając konkretną zawartość, u ich podłoża wciąż wyczuwa się pragnienie zawłaszczenia. Nie są to krytyki całkiem „obiektywne”. Na ogół nie odnosi się słów Papieża do rzeczywistości i nie twierdzi, że słowa są inne, a rzeczywistość inna, ale odnosi się je do siebie, do własnej hierarchii wartości, własnych pragnień i oczekiwań i stwierdza, że „Papież nie zadowala”. Oznacza to jednak, że Papież nie jest obojętny. Jeśli ktoś przeżywa rozczarowanie, to dlatego że gdzieś na dnie duszy niesie uznanie, a nawet podziw. W postawie rozczarowanych tkwi bolesna sprzecz¬ność: krytyka zdradza jakiś podziw, nieokreślony bliżej podziw pobudza krytykę. Bezustannie powtarza się jedno: Papież nie jest „dostatecznie mój, a tak by się chciało, żeby był”.
Jeśli mówię o krytyce, to nie po to, by usunąć w cień rozumienie i uczestnictwo w papieskim trudzie, które jest zdumiewająco wielkie. Wyrazem jednego i drugiego są tłumy przychodzące na spotkania z Papieżem. Owocem jest codzienny trud wokół idei pojednania religii, wyznań, narodów, wokół pokoju i praw człowieka. Dobra wola wyzwala dobrą wolę. Czy jakiś inny przywódca ludzkości wyzwala dziś tyle dobrej woli? Ale właś¬nie dlatego spojrzenie na pontyfikat w jego dwudziestolecie przez oczy krytyków – rozczarowanych, zawiedzionych, cierpiących na „pretensję” – może wydobyć na jaw pozostające w cieniu strony tego pontyfikatu.

 

Sprawa języka

Zanim podejmiemy niektóre tematy „rozczarowanych”, powiedzmy kilka słów na temat języka Jana Paw¬ła II. Sprawa jest ważna. Aby mówić do dramatycznie podzielonego świata, trzeba było znaleźć język wrażliwy na ból tego świata. Czy Jan Paweł II odnalazł wspólny język z tym ¬światem?
Już po kilku pierwszych wystąpieniach, a zwłaszcza po pierwszych encyklikach, powtarzano: Papież mówi innym językiem. Na czym polegała „inność”? Nie był to język scholastyki. Nie był to jednak również język „racjonalizmu”, jakim posługiwały się i wciąż jeszcze posługują intelektualne, a zwłaszcza polityczne elity Zachodu. Papież mówił własnym językiem. Zdradzał inną wrażliwość, inne otwarcie, inny świat. Proponował jakiś rodzaj medytacji pochylonego nad światem świadka wartości ponadświatowych.
Był to jednak przede wszystkim język wspólnoty – jakiegoś szczególnego międzyludzkiego „my”. Nikt nie pisze i nie mówi w samotności. Pisze się nie tylko dla kogoś, pisze się również z kimś. Wiadomo, dla kogo pisze Jan Paweł II: dla ludzi dobrej woli. Z kim pisze? Z kim rozmawia? Mam nieodparte wrażenie, że pisze i rozmawia z ludźmi bliskimi: może z przyjaciółmi z teatru, może z profesorami z uniwersytetu, może z towarzyszami fizycznej pracy, może z penitentami, może z bohaterami dawnych utworów literackich i dziesiątkami innych, niemożliwych do rozszyfrowania a mieszkających w pamięci osób. Zapewne także z tymi, których spotyka podczas pielgrzymek. Mówi z nimi i dla nich, a często także zamiast nich. Mówiące „ja” Jana Pawła II stało się mówiącym „my”. Wszyscy są w końcu uczestnikami tej samej sprawy.
Pozostanie tajemnicą, jakie miejsce w tym „my” zajmuje Ten, który powiedział: „Będę z wami aż do skończenia świata”.

Papież Polak

Po wyborze polskiego kardynała na papieża ukazało się mnóstwo publikacji, których celem było przybliżenie jego postaci ludziom Zachodu. Jedną z nich jest praca Horsta Herrmanna „Papież Wojtyła – święty błazen”. Pozostawmy tytuł bez komentarzy. Zwróćmy uwagę na rozdział pierwszy: „>>Pozostaniesz polskim biskupem<< – ojczyzna Wojtyły i jej tradycja mesjanistyczna”. Rozdział ten odsłania „przedrozumienie”, z jakim autor podchodzi do nowo wybranego papieża. Punkt wyjścia okazuje się prosty: Wojtyła jest Polakiem i jako Polak musi nieść w sobie tradycje romantyczne i skłonności nacjonalistyczne, a jako syn umęczonego narodu musi głosić i praktykować mesjanizm. Romantyzm, nacjonalizm, mesjanizm – oto trzy kategorie przedrozumienia, z jakimi podchodzi się do człowieka z Polski.
Okazuje się zarazem, że są to trzy główne kierunki odstępstwa Papieża od ideologii oświecenia. Sprawiają one, że Jan Paweł II pozostanie kimś obcym dla człowieka Zachodu. Autor podjął trud, by poznać bliżej dzieje Polski. Jego uwagę przykuł wiek XIX: romantyzm, powstania. Wspomina Mickiewicza, Słowackiego (wiersz o papieżu słowiańskim), Krasińskiego, Hoene-Wrońskiego, Cieszkowskiego, mesjanizm. Znalazło się też miejsce na cytat z Wincentego Lutosławskiego. Znamienne, co pominął. Nie ma mowy o kimś tak znamiennym dla myślenia Karola Wojtyły jak Norwid. Nie ma ani słowa o wpływach późniejszej fenomenologii i filozofii wartości, zwłaszcza zaś Maksa Schelera. Przede wszystkim nie ma ani słowa o doświadczeniach wyniesionych z czasów wojny.

Mając taką wizję polskości i będąc przekonanym, że żaden Polak nie jest w stanie wykroczyć poza zakreślony horyzont romantycznego mistycyzmu (nie ma również mowy o pracy Karola Wojtyły na temat świętego Jana od Krzyża), zobaczyliśmy na papieskim tronie postać obcą zachodniej, racjonalistycznej umysłowości. Autor przygotował czytelnika na najgorsze. Sprawił jednak tym samym, że zupełnie niezrozumiałe stało się coś, co stanowi istotny rys pontyfikatu Jana Pawła II: obrona praw człowieka. Prawa człowieka są wymysłem oświecenia. Jak romantyk, irracjonalista i nacjonalista może być ich zdecydowanym obrońcą? A przecież kto zna jako tako dzieje recepcji idei praw człowieka przez Kościół, ten wie, że broniąc tych praw, Papież staje w poprzek nurtu, który nie tylko znamionował totalitaryzm, ale również odgrywał dominującą rolę w Kościele. Prawa człowieka u „mistyka mesjanizmu”? U nacjonalisty, który powinien śpiewać „Polen, Polen über alles”? Jak to możliwe?
Znamienne jest również to, że ani Herrmann, ani bodaj żaden krytyk pontyfikatu nie postawił pytania o skutki zetknięcia Karola Wojtyły z Oświęcimiem i Kołymą. Czy zetknięcie to nie miało żadnego znaczenia? Czy nie zaważyło na spojrzeniu na Europę?
Proszę wybaczyć osobiste wyznanie. Patrzyłem na okupację jako dziecko, widziałem stosunkowo niewiele, rozumiałem niewiele. Mimo to obrazy z tamtych czasów wciąż we mnie tkwią. Z niemieckim „raus” kojarzą mi się krzyczące postacie w brunatnych mundurach na jakichś stacjach kolejowych. Znaczenie słówka „für” poznałem z napisów: „Nur für Deutsche”. Sam zawdzięczam bardzo wiele kulturze niemieckiej, którą podziwiam. A jednak ile razy znajdę się w Niemczech, widzę twarze i słyszę niemiecką mowę, wspomnienia natrętnie wracają, a wyobraźnia mimo najlepszej woli ubiera przechodzących obok mnie nieznajomych w jakieś brunatne bądź czarne mundury. Pamiętam dreszcz, gdy odkryłem, że język niemiecki może być również językiem liturgii. Okupacja siedzi we mnie głęboko i mocno, mimo że nie byłem bezpośrednim świadkiem największych okrucieństw. Co powiedzieć o tych, którzy przeszli przez piekło? Karol Wojtyła widział więcej niż ja i więcej rozumiał. Ale pozostało coś, czego – podobnie jak my – do końca nie rozumiał: nie rozumiał, jak to było możliwe. Jak to było możliwe w kraju o tak wysokiej kulturze i tak dawnej tradycji chrześcijańskiej?

 

Pytanie: „Jak to było możliwe?”, plącze się wśród przedstawień naszej wyobraźni, wisi nadal nad naszym obrazem Europy. Jest pytaniem o rodowód zła, o Kantowskie „zło radykalne”. Odpowiedzią oświecenia jest wskazanie na „błędy doktryny”. Zło nie tkwiło w ludziach, lecz w ideologii, która uwiodła ludzi. Odpowiedź ta jest utrzymana w duchu racjonalizmu: rozum przegrał, ponieważ nie był dość stanowczy w zwalczaniu przesądów. Ale odpowiedź ta nie zadowala. Doświadczenie zła epoki krematoriów jest przez to tak tragiczne, że splata się z widokiem człowieka, który czyni zło. Nie byłoby tego zła, gdyby człowiek nie przylgnął do zła. Gdyby nie znalazł w nim jakiegoś upodobania. Gdyby widok zniszczeń nie napawał go dumą. A jeśli człowiek mógł przylgnąć do zła, to chwieje się nasza wiara w człowieka.
Jeśli więc ktoś chce zrozumieć Papieża poprzez jego „polskość”, to powinien w swym przedrozumieniu umieścić widok Oświęcimia. Ten widok jest ważniejszy niż widok scen z literatury romantycznej, choć i one nie są bez znaczenia. A gdy już ktoś zdobędzie się na odwagę i zapyta o sens tamtego widoku, powinien zadać drugie pytanie: jak się to stało, że Karol Wojtyła nie tylko nie stracił wiary w człowieka, ale jeszcze ją pogłębił? Dlaczego został księdzem? Dlaczego został biskupem w komunistycznym kraju? Dlaczego działał w nim tak, a nie inaczej?
Szukając odpowiedzi na te pytania, natrafi – być może – na ¬Ewangelię. Czy to coś rozjaśni? Jeśli nie dotrze do Ewangelii i jeśli Ewangelia niczego nie rozjaśni, lepiej niech nie szuka rodowodu. Pozorne odkrycia, jakie przedstawi, powiedzą wiele niedobrego o nim, ale nic o Janie Pawle II.

2012-08-10T19:58:00+00:00 10 sierpnia 2012|Bez kategorii|