Śmiech Hioba

Śmiech Hioba

Od wielu miesięcy Paweł Śpiewak publikuje na łamach „Tygodnika Powszechnego” cykl rozważań zatytułowanych „Księga Hioba”. Przywołuje w nim pochodzące z różnych epok i od różnych autorów komentarze do tej księgi. Dziś – aby zachęcić Państwa do lektury tego cyklu – publikujemy jeden z odcinków zatytułowany „Kupiec Hiob”. Paweł Śpiewak jest tegorocznym laureatem Nagrody Znaku i Hestii im. ks. J. Tischnera.

Zamiast komentarza będzie chasydzka bajka. Usłyszałem ją od pewnego nauczyciela Tory. Opowiedział ją po zajęciach na temat Księgi Hioba.
Rzecz się z pewnością działa w Polsce. Być może na Podolu. Może na Lubelszczyźnie. W małym miasteczku mieszkał pewien zacny kupiec, Mojsze. Szczęściło mu się w interesach. Jeździł na targ do dużego miasta. Tam kupował towary do swoich sklepów i dla swoich chałupników. Miał piękny dom, żonę, dwie córki. Zawsze brał ze sobą pomocnika i wspólnika, reb Aarona. Tak się działo przez wiele lat. Wydawało się, że pozycja reb Mojsze jest mocna. Cieszył się życzliwością. Dawał pieniądze – cedakę na biednych. Wspomagał miejscową bóżnicę.
Pewnego razu w letni dzień kupiec i jego wspólnik jechali do miasta Z. Wóz wspiął się na wzgórze. Postanowili trochę odpocząć. Mieli przed sobą jeszcze połowę drogi. Świeciło poranne słońce. Odpoczęli i ruszyli dalej. Na targ przybyli wcześnie. Szybko ubili interesy. Przyszło do płacenia. Reb Mojsze poprosił swojego pomocnika o sakiewkę. Ten powiedział, że jej nie ma, że przecież pieniądze trzyma ich właściciel. Coś musiało się stać. Zgubili złote ruble. Sprzedający wycofali się z umowy. Przybyli nowi kupcy. Mojsze i Aaron musieli zawracać do domu, niczego nie kupiwszy. Dobry interes uciekł im sprzed nosa. Dojechali do miejsca, gdzie kilka godzin wcześniej odpoczywali. Zbliżało się południe. Było ciepło. Rozpięli kaftany. Aaron niespodziewane znalazł zgubioną sakiewkę. Pieniądze były na swoim miejscu. Pomocnik rzucił propozycję: jeszcze nie jest za późno. Wracajmy na targ. Z pewnością coś jeszcze dobrze zakupimy. Propozycja była logiczna. Pewnie by zdążyli obrócić do dużego miasta. Reb Mojsze odrzekł: wiesz, chyba opuściło mnie szczęście. To jakiś znak. Zabierz sakiewkę i ty wracaj na targ. Ja ruszę do domu. Tak też się stało.
Od tego zdarzenia interesy reb Mojsze szły coraz gorzej. Musiał zamknąć sklep. Chałupnicy zaczęli pracować dla kogoś innego. Na sprawnego kupca wyrastał reb Aaron. Potem zdarzyły się kolejne nieszczęścia. Spłonął dom Mojszego. Niewiele mu zostało majątku. Córki wyjechały do Ameryki. Żona podupadła na zdrowiu. Nie było pieniędzy na lekarzy. Umarła w męczarniach. Reb Mojsze został sam. Był biednym kupcem, od którego odwrócili się dawni wspólnicy i szanowani obywatele miasteczka.
Reb Mojsze nic już nie miał. Nikogo, o kogo mógłby się troszczyć. Postarzał się, zgarbił. Bezdomny, ruszył o kiju w świat. Wędrował od miasteczka do miasteczka. Żył żebraczym chlebem. Nocował w domach studiów pośród kiwających się nad Talmudem starych Żydów. Tracił zdrowie. O córkach nie miał żadnych wiadomości. Nie miał dokąd iść. Był obdarty. Zostały mu tylko łachmany, worek z chlebem i zawiniątko z tałesem.
Pewnego razu dotarł do większego miasta. Zbliżał się szabat. Zwykle w taki dzień bogatsi zapraszają na kolację biednych. Zapukał do drzwi zasobnego domu. Drzwi się otworzyły. W drzwiach stał właściciel posesji. Mojsze rozpoznał w nim reb Aarona, ale sam nie wyglądał jak kiedyś. Nic w nim nie zostało z zasobnego kupca i zażywnego jegomościa. I chociaż poznał swojego dawnego wspólnika, to nie zdradził własnej tożsamości. Zapytał tylko, czy zostanie zaproszony na szabat. Aaron skinął głową. Miał być u niego pod wieczór. Mojsze chciał się wymyć i rytualnie oczyścić, poszedł więc do mykwy. Rozebrał się i wskoczył do wody. Ale nie mógł z niej wyjść, bo ktoś ukradł mu jego łachy.
Reb Aaron zaczął się denerwować, bo zapowiedziany gość nie przychodził. Już zapadał zmrok. Wysłał więc do miasta służących, żeby odnaleźli spóźnialskiego. Znaleźli go w mykwie. Wytłumaczył, że nie miał co na siebie włożyć, a nagi po mieście chodzić nie będzie. Przynieśli mu ubranie. Mojsze wreszcie zasiadł do kolacji. Zjedli i reb Aaron zapytał swojego gościa: ty mi powiedz tylko jedno, dlaczego tak się śmiałeś, gdy służący znaleźli ciebie w mykwie. Wtedy Mojsze objawił swoje imię i rzekł: wiesz, kiedy zgubiłem sakiewkę z pieniędzmi, wiedziałem, że szczęście odwraca się ode mnie, ale teraz, kiedy stałem nagi w mykwie, a ukradziono mi nawet te najnędzniejsze łachmany, zrozumiałem, że już gorzej być nie może. Los zatoczył swoje koło. I dlatego śmiałem się z radości.
Jest to opowieść o cierpieniu (Hiobowym), które pojawia się nagle, by w końcu umilknąć i ustąpić radości. Reb Mojsze dostrzega nadchodzącą katastrofę, schodzi na samo dno. W największej biedzie odkrywa wolność i nadzieję. Nie ma w nim buntu. Jest za to pojednanie z losem, a może nawet fatalizm. Umiejętności, których nie sposób się nauczyć.

Tekst ukazał się pierwotnie w „Tygodniku Powszechnym” nr 22/2013.

2013-07-26T12:02:00+00:00 26 lipca 2013|Bez kategorii|