Religia nie ma odpowiedzi na wszystko

Strona główna/Bez kategorii/Religia nie ma odpowiedzi na wszystko

Religia nie ma odpowiedzi na wszystko

Zdaniem Jeana Delumeau, historyka i gościa specjalnego IX Dni Tischnerowskich, „Kościół ma obowiązek bronić własnych wartości. Jednocześnie musi otworzyć się na nowoczesność i zawierającą się w niej wolność nauki. A przede wszystkim – na wolność sumienia”. Rozmowę z prof. Delumeau, która przeprowadziła Agnieszka Sabor, zamieścił „Tygodnik Powszechny” (nr 22/2009). Można ją też znaleźć na stronach internetowych „Tygodnika”: www.tygodnik.onet.pl.

Agnieszka Sabor: Proszę wybaczyć nieco intymne pytanie: czy zawód historyka, który uprawia Pan od lat, wpływa na Pana życie religijne i obecność w Kościele?

Prof. Jean Delumeau: Zajmuję się – choć nie wyłącznie – historią Kościoła i chrześcijaństwa. Lekcji, którą dawał i daje mi mój zawód, nie da się oddzielić ani od mojej religijności, ani od myślenia o religii. Profesja historyka ma tu znaczenie wręcz konstytutywne, oferując szczególną perspektywę, która pozwala zachować spokój – np. wtedy, gdy słyszę opinie, że chrześcijaństwo obumiera, że jest religią w stadium zanikania. Jako historyk pamiętam przecież o najstarszym znanym nam pochówku, który archeolodzy znaleźli niedaleko Nazaretu. Ten grób to najdawniejszy dowód kultu przodków, wiary w życie pozagrobowe, dowód jakiejś religijności. Grób ten ma jakieś 80-100 tys. lat. W porównaniu z nim nie tylko chrześcijaństwo, ale i judaizm (o islamie nawet nie wspominając) to religie bardzo młode i żywotne.
Inaczej mówiąc: historyk, obserwator przeszłości, z natury zobowiązany jest do tego, by zachowując równowagę, „relatywizował” obraz współczesności. By mówił: „Zaraz, zaraz, ale przecież kiedyś było tak i tak…”.

To znaczy?

Przykłady można mnożyć. Np. małżeństwo. Jako wierny czytam w katechizmie, że jest jednym z siedmiu sakramentów. Jako historyk wiem zaś, że stało się nim dopiero w XII wieku. Wcześniej nie tylko księża, ale nawet biskupi żyli często w związkach małżeńskich. Wiem też, że o celibacie w dużym stopniu zadecydowały względy organizacyjno-ekonomiczne. Jako historyk odczytuję zatem późniejsze dzieje Kościoła w pewnym oderwaniu…

Powiedział Pan Profesor, że chrześcijaństwo jest religią młodą i żywotną. Czy to oznacza, że mówienie o jego kryzysie, bardzo dziś powszechne, jest diagnozą błędną, a przynajmniej przedwczesną?

To zależy, o czym mówimy: trzeba pamiętać, że chrześcijaństwo to pojęcie znacznie szersze, niż nam się w pierwszej chwili wydaje. I rzeczywiście, zarówno Kościół katolicki, jak i klasyczne Kościoły protestanckie, luteranizm czy kalwinizm, przeżywają głęboki kryzys, zwłaszcza na Zachodzie, czego przykładem jest, pogrążona w nim może najgłębiej, Francja. Ale jednocześnie w całej Ameryce Łacińskiej, w Afryce, w Azji, a nawet na Zachodzie, w Stanach Zjednoczonych czy na przedmieściach Paryża rozkwitają – jako swoista konkurencja wobec starych Kościołów – grupy episkopalne, które też są przecież formą chrześcijaństwa. Ich sukces mnie, katolikowi, musi dawać do myślenia.

Kościół przeżył już jednak kilka kryzysów, np. w czasie rewolucji przemysłowej czy Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Czy obecny różni się jakoś od poprzednich?

Diametralnie! Kościół nigdy nie musiał stanąć wobec sytuacji podobnej do tej, w której znajdujemy się teraz. Pod koniec XVIII w. historia przyspieszyła w niewiarygodny sposób i to w wielu domenach: technicznej, naukowej, ekonomicznej, przemysłowej, rolniczej, kulturowej… We Francji, ale przecież nie tylko, postępował proces sekularyzacji, rozdziału Kościoła i Państwa, nieznany nigdy wcześniej w historii, także w czasach przedchrześcijańskich. W wieku XIX – zadziwiająco z naszej perspektywy optymistycznym – wydawało się, że jest możliwy synchroniczny postęp: cywilizacyjny, kulturalny, moralny. Szok nastąpił podczas I wojny światowej, która pochłonęła miliony ofiar. Potem był dramat totalitaryzmów i II wojny światowej. Ryzyko konfliktu nuklearnego. Wreszcie, gwałtowne, nieporównywalne z wcześniejszymi zmiany technologiczne i komunikacyjne. Przecież 30 lat temu nie było ani laptopów, ani telefonów komórkowych, które utrzymują dziś każdego z nas w permanentnym stresie, który z trudem próbujemy opanowywać (zresztą, ja też ich używam, mając 86 lat). To oczywiste, że żyjemy w cywilizacji skrajnie różnej od tej, w której rodziło się nie tylko chrześcijaństwo, ale wszystkie religie. Nie powinno nas dziwić, że to przejście jest – i musi być – niezwykle trudne.

Jednak w swojej historii liczącej 2 tysiące lat Kościół nieraz adaptował się do nowego miejsca i nowej kultury. Zrodzony na Bliskim Wschodzie i w Rzymie, stał się religią globalną.

Nie podlega dyskusji fakt, że Kościół wykazywał się niegdyś ogromną zdolnością adaptacyjną, szczególnie wtedy, gdy przechodził ze starożytności w wieki średnie, a potem ze średniowiecza w renesans. Ale począwszy od XVII w. – za symboliczny można tu uznać rok 1632, datę procesu Galileusza – umiejętność ta zaczęła zanikać. Przed 150 laty, kiedy Darwin budował teorię ewolucji i pochodzenia gatunków, Kościół był już w defensywie, wybierając pozycję oblężonej twierdzy. Jestem przekonany, że nie jest to dobre rozwiązanie. Oczywiście, instytucja Kościoła ma obowiązek bronić własnych wartości. Jednocześnie musi jednak otworzyć się na nowoczesność i zawierającą się w niej wolność nauki. A przede wszystkim na, pozostającą z tą ostatnią w głębokim związku, wolność sumienia. W konsekwencji Kościół musi uznać prawo wiernych domagających się uczestnictwa w podejmowaniu decyzji, które dotyczą ich bezpośrednio – zwłaszcza w planie etycznym. Jako katolik idący śladem kardynałów Martiniego i Daneelsa mam nadzieję, że Kościół nie będzie się zamykał na głos wiernych.

Czy, zdaniem Pana Profesora, między nauką a wiarą naprawdę nie ma sprzeczności?

W Collège de France, którego jestem członkiem, mamy zwyczaj organizowania spotkań, w których uczestniczą zarówno przedstawiciele nauk humanistycznych, jak i ścisłych oraz przyrodniczych. Dyskutujemy. Przestrzeń nauki jest ogromna, ona powinna dawać z kolei pole refleksji filozoficznej, która otwiera się na tajemnicę. Ta ostatnia jest zaś domeną religii. Bo przecież za pomocą nauki nigdy nie pojmiemy, skąd wziął się geniusz Bacha i Szekspira. Nie da się go wytłumaczyć procesami neurologicznymi – mój przyjaciel André Lichnerowicz, francuski matematyk polskiego pochodzenia, zwykł mawiać, że nie wolno mylić kabla elektrycznego i informacji, którą ten kabel przekazuje. Nie dostaniemy też odpowiedzi na pytanie Leibniza, który pytał, dlaczego jest raczej coś niż nic.

Mówi się, że jedną z przyczyn kryzysu religii we współczesnym świecie jest pamięć doświadczenia, które symbolizuje Auschwitz.

Od kilkudziesięciu lat powraca pytanie, czy dobry, wszechmogący Bóg mógłby dopuścić do triumfu zła, który miał miejsce podczas II wojny światowej. W obrębie chrześcijaństwa dawno temu znaleźliśmy sobie odpowiedź na kwestię obecności zła w świecie: grzech pierworodny.

Przyznam, że mam trudność ze zrozumieniem tej idei.

Ja też! W judaizmie koncepcja grzechu pierworodnego praktycznie nie istnieje. Chciałbym również zwrócić uwagę, że nie porusza go również Jezus, który zresztą w ogóle nie wypowiada się na temat pochodzenia zła. Wydaje mi się, że my, chrześcijanie, nadmiernie napompowaliśmy dramat grzechu pierworodnego. Teraz trzeba „zrelatywizować” ten problem, jak powiedziałby Benedykt XVI. Nauka pokazała nam przecież, że ludzkość u początków swego istnienia nie mogła mieć wystarczająco dużo wolności, by naprawdę ciężko zgrzeszyć.
Człowiek zbyt był zajęty tym, by podnieść się z kolan i utrzymać postawę wyprostowaną. Ani ja, ani nikt inny nie jest w stanie dać odpowiedzi na pytanie, skąd wzięło się i bierze się zło. Pamiętam zdanie, które Paul Ricoeur powiedział w jakimś programie telewizji: „Religia nie ma odpowiedzi na wszystko”. To prawda – nie może i nie powinna tego robić. Nie to jest jej zadaniem. Tymczasem obecnie, zwłaszcza w katolicyzmie, pojawia się tendencja, by dawać odpowiedź na wszystko.
Wracając do problemu zła, przypominam sobie Księgę Hioba. Kiedy przytłoczony cierpieniem Hiob zwraca się do Boga, by się wytłumaczył, Bóg odpowiada pytaniem: „Gdzieś był, gdy zakładałem ziemię? Powiedz, jeśli znasz mądrość”. Hiob zaś oświadcza wreszcie: „Jam mały. (…) Rękę przyłożę do ust. (…) O rzeczach wzniosłych mówiłem (…) Ja nie rozumiem”. I z tym musimy pozostać.
Chrześcijaństwo nie tłumaczy nam fenomenu zła, ale rozjaśnia jego mrok. Wspaniałą tajemnicą Objawienia jest Wcielenie – Bóg stał się aż do końca człowiekiem, cierpiał, doświadczył przemocy i umarł w opuszczeniu. Tym samym towarzyszył ludzkości także w Auschwitz, które pozostaje przecież horrorem niewyobrażalnym. Nadzieję daje także Apokalipsa, wizja niebieskiego Jeruzalem, w którym zło i śmierć przestaną istnieć. Innymi słowy: gdzieś, na końcu tunelu, w którym jesteśmy, jest jakieś wyjście w kierunku światła i pokoju.

A jednak żyjemy w epoce skrajnie pesymistycznej. Czy nie wydaje się Panu Profesorowi, że znów odradzają się nurty millenarystyczne, eschatologiczne?

Oczywiście, wiążą się one nie tylko z pamięcią o katastrofach XX wieku, ale również z terroryzmem, ociepleniem klimatu, kryzysem ekonomicznym, którego nikt się nie spodziewał. Pamiętać jednak trzeba, że nurty eschatologiczne, skrajnie pesymistyczne, pojawiają się regularnie. Bez nich nie da się zrozumieć np. fenomenu reformacji. Dla Lutra czy Kalwina papież naprawdę był szatanem, a Rzym nowym Babilonem. Nie tylko oni, ale np. Krzysztof Kolumb, odkrywając Amerykę, oczekiwał rychłego końca świata. Tymczasem dzisiaj oceniamy renesans jako epokę światła, radości i rozwoju. Jako historyk, radziłbym więc raczej przygotować się na długie trwanie naszego świata. A także chrześcijaństwa, w tym katolicyzmu.

Po kryzysie?

W kontekście kryzysu „klasycznych” Kościołów bardzo intryguje mnie szybki (może zbyt szybki) sukces nowych ruchów ewangelickich. Moim zdaniem, bierze się on z poczucia bliskości, którą oferują te ruchy, z umiejętności budowania więzi międzyludzkich, które zanikły np. w katolicyzmie czy luteranizmie. Dla grupy episkopalnej świątynią może być zwykły garaż albo barak, księża mieszkają blisko wiernych, żyją jak oni, ludzie dobrze się znają. Wspólnotę buduje się od podstaw.
To prawda, w tych grupach teologia bywa redukowana do hasła „Jezus cię kocha”. Ale wierny jest aktywnym podmiotem, może wyrazić siebie, liturgia to dialog z Bogiem i dialog między ludźmi. Tymczasem w Kościele katolickim na Zachodzie świecki pozostaje w pewnym sensie bierny. Dobrym przykładem jest tu kazanie: wierny „skazany” jest na słuchanie, nie może przerwać księdzu wykładu, nie może zadać pytania albo wyrazić wątpliwości. Ma to konsekwencje w skali makro, np. w kwestii antykoncepcji. Kiedy Kościół podjął dyskusję na ten temat, działały dwie komisje: jedna składała się z różnego rodzaju specjalistów, druga z biskupów. Specjaliści w ogromnej większości wypowiedzieli się „za”. Wśród biskupów również przeważyło zdanie pozytywne, tyle że różnica głosów była tym razem minimalna. Mimo to papież wydał encyklikę „Humanae vitae”, nie licząc się zupełnie z opinią komisji!
Na to wszystko nakłada się jeszcze problem rozrostu terytorialnego parafii. Mieszkam w miasteczku na granicy z Rennes. Przed kilkudziesięciu laty nasza parafia była niewielka, znaliśmy się po sąsiedzku. Teraz obejmuje kilkadziesiąt tysięcy osób. Co może je ze sobą wiązać? Jaki mogą mieć kontakt z duszpasterzem? A życie religijne bardzo wiernych interesuje. Sam jestem tego dowodem: zdarza się, że kiedy idę na zakupy do supermarketu, przy stoisku z warzywami albo przy kasie zatrzymują mnie jacyś ludzie, którzy wiedzą, kim jestem, i zadają mi pytania dotyczące teologii, historii i teraźniejszości Kościoła… Problem będzie się pogłębiał. Statystyki są alarmujące: przewiduje się, że za 10 lat będzie we Francji trzy razy mniej księży niż dzisiaj, w niektórych departamentach jeden duszpasterz będzie przypadał na 25 tys. mieszkańców. Liczba zakonników spadła we Francji od 1965 roku o 35 proc., zaś zakonnic aż o 60 proc.

Widzi Pan Profesor jakieś wyjście z tej sytuacji?

Już dzisiaj widać, że w wielu miejscach Kościół funkcjonuje niemal wyłącznie dzięki kobietom – to one animują życie parafialne, to one stanowią we Francji ponad 80 proc. katechetów. I doprawdy, nie znajduję żadnego wytłumaczenia teologicznego, dla którego nie mogłyby być wyświęcane na księży!

Jakie zmiany czekają więc Kościół?

Demokratyzacja i decentralizacja. Zjawisko, o którym dzisiaj rozmawiamy, nie ma bowiem charakteru kryzysu wiary czy zaniku potrzeby wiary. To kryzys strukturalny. Moje krakowskie wystąpienie poświęciłem Campanelli, jednej z najbardziej intrygujących postaci Odrodzenia. Ten inicjator spisku kalabryjskiego, skierowanego przeciw królowi Neapolu, filozof, teolog i polityk, który w więzieniu spędził ponad 30 lat, zajmował się też astrologią, stawiając horoskopy papieżowi Urbanowi VIII, który panicznie obawiał się gwałtownej śmierci spowodowanej złym układem planet. W odróżnieniu od Campanelli (którego zresztą pewnie bym nie polubił, gdyby dane mi było go spotkać) nie zajmuję się przepowiadaniem przyszłości. Mogę tylko powiedzieć, że życzyłbym sobie takich zmian i bardzo bym się cieszył, gdyby w przełamywaniu obecnego kryzysu znaczący udział miała moja ojczysta Francja.

2009-05-27T11:22:00+00:00 27 maja 2009|Bez kategorii|