Pomnik Tischnera

Pomnik Tischnera

Z okazji dziesiątej rocznicy śmierci ks. Józefa Tischnera publikujemy artykuł Wojciecha Bonowicza, który ukazał się w specjalnym dodatku „Tygodnika Powszechnego” zatytułowanym „Słuchajcie Tischnera!” (nr 26/2010). Artykuł w druku nosił tytuł „Życie według Tischnera”. Jednocześnie przypominamy, że w najnowszym „Tygodniku Powszechnym” (nr 27 z datą 4 lipca 2010) czytelnicy znajdą płytę „Solidarność według Tischnera” z unikalnymi nagraniami jego wystąpień podczas I i II Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarność”.

Minęła właśnie dziesiąta rocznica jego śmierci. Kiedy w ostatnich miesiącach w trakcie licznych prywatnych rozmów przypominałem ten fakt, często słyszałem: „Nie wierzę, to już naprawdę tyle?”. To niedowierzanie jest nie tylko konwencjonalnym wyrazem smutku i przywiązania. Oznacza także – moim zdaniem – że przez te dziesięć lat udało się Tischnera „przytrzymać”, że nie umarł cały, jego postać nie zatarła się w pamięci. W czasie ostatnich Dni Tischnerowskich Kazimierz Tischner powiedział wręcz: „Mam wrażenie, że mój brat jest dziś nawet bardziej obecny niż kiedyś”. Czy to tylko wrażenie, czy tak jest w istocie? Wydaje się, że w świecie, w którym żyjemy, słowo zmarłych szybko przestaje ważyć, o ile nie zostanie wprzęgnięte w nowe gry o władzę lub w nowe światopoglądowe spory. Słowo Tischnera w grach o władzę na szczęście nie bywa wykorzystywane, w sporach o rozumienie i kształt rzeczywistości pojawia się natomiast zbyt rzadko, by mówić o jego wyraźnym wpływie. Czy nie jest więc tak, że to my, którzy z osobą i dziełem ks. Tischnera związaliśmy swoje życie, próbujemy zaklinać fakty?
Jeżeli obecność Tischnera jest dziś – przez część z nas – wciąż odczuwana jako intensywna, to istotnie nie dlatego, że jego argumenty brane są pod uwagę w dyskusjach, które toczą intelektualiści i publicyści. Nasze dyskusje robią się zresztą coraz bardziej partykularne; widać to na przykład w publicystyce dotyczącej Kościoła. Tischner nawet kiedy pisał o konkretnych zjawiskach, które niepokoiły go w Polsce, miał na względzie szerszy kontekst. Wchodził w spór z pokusami integrystycznymi, które pojawiały się (i pojawiają) w Kościele jako takim, a nie z jedną rozgłośnią; spierał się o miejsce Kościoła w demokracji i o czystość ewangelicznego przekazu, a nie tylko o taki czy inny zapis w ustawie. Był jak najbardziej „stąd” i równocześnie to, co „tutaj”, uniwersalizował. Dziś – tak mi się wydaje – horyzont większości sporów się zawęził, no może poza sporem o kształt Unii Europejskiej, chociaż i w tym sporze nadal więcej jest lęku o (naszą) część niż troski o (wspólną) całość.
A jednak pytaniem, które przez ostatnie lata mnie, jako biografowi Tischnera, zadawano najczęściej, było pytanie o to, co by dziś powiedział w tej czy innej sprawie. Lustracja w Kościele – co by dziś powiedział? Skandale pedofilskie – jak by zareagował? Spór o in vitro – po czyjej stanąłby stronie? O czym to świadczy? Może świadczyć o sile sentymentu. Ale może też świadczyć o tym, że jego autorytet jest wciąż silnie odczuwany. Że jego miejsca nie zajął nikt inny. Że sposób, w jaki argumentował w innych kwestiach, przydałoby się również w tych, które stanęły przed nami obecnie. Jedno przecież się nie zmieniło: wciąż w tej czy innej postaci wraca temat Kościoła, przyszłości chrześcijaństwa, problemów, które rodzą się na styku polityki (demokracji) i religii.
Tischner – tak sądzę – działa dziś bardziej podskórnie. Stał się przede wszystkim patronem wiary przemyślanej, nie stroniącej od pytań, „szukającej rozumienia”. „Stawiam sobie mnóstwo pytań, które kwestionują wiarę, ale one są częścią wiary”, mówił pod koniec życia w obszernym (właśnie wznowionym) wywiadzie „Przekonać Pana Boga”. „Gdy kochający pyta: >>Czy naprawdę mnie kochasz?<<, jego pytanie należy do istoty miłości i jest znakiem jej kryzysu. Ale z drugiej strony jest w tym pytaniu jakaś radość płynąca z wiary, że odpowiedź przyniesie potwierdzenie”. Nie sięga się dziś zbyt często do publicystyki Tischnera, sięga się natomiast chętnie do jego tekstów o religii i wierze. Najpopularniejsze książki spośród tych, które ukazały się po jego śmierci, dotyczą tych właśnie zagadnień: „Miłość nas rozumie”, „Zrozumieć własną wiarę”, „Wiara ze słuchania”. Tischner pisał przed laty o Leszku Kołakowskim, że razem z nim możemy szukać mistrzów naszej wiary. Teraz on sam stał się mistrzem wiary, pisarzem religijnym wielkiego formatu. W czerwcowym numerze „Znaku” Paweł Taranczewski umieścił go nawet w gronie „nadwiślańskich mistyków”…
Myślenie religijne Tischnera przeniknięte jest optymizmem. Optymizm ten dotyczy nie tylko istoty wiary chrześcijańskiej, ale też sytuacji Kościoła w świecie. „Na czym ten optymizm polega?”, mówił przed laty do redaktorów „Więzi”. „Nie na tym, żeby zamykać oczy na niebezpieczeństwa. To nie o to chodzi. On opiera się na przekonaniu, że naprawdę wielkie niebezpieczeństwa minęły. Te, które istnieją, są spadkiem po przeszłości. Ale najważniejsze jest co innego: świadomość, że Ewangelia, że chrześcijaństwo nie zdezaktualizowały się. Że są środki do tego, by uzdrowić świat. Nie wiem, skąd się bierze pesymizm wielu ludzi, ale brutalnie mówiąc, może stąd, że nie pracują bezpośrednio duszpasterstwie. Ja też nie pracuję za dużo. Ale kiedy spotykam konkretnych ludzi, widzę ogromny głód, ogromne zapotrzebowanie na zdrową, prostą religię”. I dodawał: „Lament zawsze się sprawdza, bo zawsze jakaś dziewczyna straci cnotę”.
Na stosunek do Tischnera mają oczywiście wpływ jego dawne przyjaźnie polityczne. Opowiadano mi, że kiedy w sejmie przygotowano dla posłów specjalną projekcję filmu „Tischner – życie w opowieściach”, jeden z parlamentarzystów PiS-u żachnął się, że autorytety PO go nie interesują. Naturalnie, łatwiej znaleźć nazwisko Tischnera w „Gazecie Wyborczej” niż w „Rzeczpospolitej”. Ale też widać, że stopniowo zmienia się stosunek do Tischnera w mediach związanych z Kościołem. Pisze się o nim chętniej i z większym zrozumieniem. Już nie tylko „Tygodnik” i miesięcznik „Znak”, ale również inne pisma i rozgłośnie przypominają jego postać, komentują ukazujące się książki, powołują się na jego słowa. Są, owszem, wciąż takie miejsca, gdzie istnieje swoisty „zapis” na Tischnera, gdzie mówi się o nim źle albo wcale. Są kościelne księgarnie, które nigdy nie przyjmą do sprzedaży żadnej z jego książek. Niemniej obserwuję, że Tischner zaczyna trafiać również do ludzi, do których z tych czy innych powodów za życia trafić nie mógł. To budujące.
Czy to oznacza, że żyje dziś wyłącznie Tischner-myśliciel religijny? A co z jego wizją Polski? Co z dziełami stricte filozoficznymi? Co z esejami, które kiedyś prowokowały do dyskusji?
Miałem ostatnio ciekawe doświadczenie: z uczniami liceów w Krakowie i Tarnobrzegu czytałem esej Tischnera „Chochoł sarmackiej melancholii”. Esej ten powstał dokładnie czterdzieści lat temu, dla obecnych licealistów to czasy niemal prehistoryczne. W ciągu tych czterdziestu lat w Polsce zmieniło się prawie wszystko. Pomijając politykę czy religię, zmienił się chociażby stosunek do tradycji sarmackiej, o Gombrowiczu można pisać otwarcie, aluzja nie jest już niezbędnym narzędziem krytyki. A jednak tekst Tischnera „chwycił”. Co ciekawe, „chwycił” nie jako krytyka polskich przywar, polskiego charakteru narodowego, ale raczej jako pretekst do… refleksji nad osobistą wolnością. Młodzi ludzie, z którymi rozmawiałem, odkrywali w sobie „chochoła” – ale nie narodowego, sarmackiego. Rozumieli Tischnera najlepiej tam, gdzie mówił o woli spętanej przez nastrój. Ale pod słowo „nastrój” podkładali coś innego: nie zbiorowe uniesienia i zawody (choć czytaliśmy ów tekst krótko po katastrofie smoleńskiej), nie dzieloną z innymi skłonność do takiego a nie innego przeżywania czasu i wypełniających go zdarzeń, lecz wewnętrzne bariery, które stają na drodze indywidualnego rozwoju. Ucieczka od rzeczywistości, lęk przed wolnością, „głęboka niechęć do stawiania i rozwiązywania pytań fundamentalnych” – to rozumieli. Miałem przed sobą ludzi, którzy nie mieli kłopotu z Polską, mieli za to kłopot sami ze sobą i nadstawiali ucha tam, gdzie spodziewali się usłyszeć, skąd się ów kłopot bierze.
To doświadczenie pokazało mi, że Tischner może ożywać na wiele sposobów. Dziś szukamy w nim tego, jutro być może szukać będziemy czegoś innego. Dziś pomaga nam lepiej rozumieć naszą wiarę, jutro może być nam potrzebny, żebyśmy w ogóle lepiej rozumieli samych siebie. Jego antropologiczny optymizm (owszem, wyrastający z wiary) jest czymś unikalnym we współczesnej refleksji intelektualnej. Jego filozofia dramatu – podobnie jak inspirująca ją żydowska filozofia dialogu – może być traktowana jako odpowiedź na pogłębiający się kryzys relacji. Możliwości jest wiele; jeśli ta nić się nie zerwie, może posłużyć za osnowę następnym pokoleniom.
Co jest największym sukcesem autora „Etyki solidarności”? Myślę, że to, iż przez ostatnie dziesięć lat nikt nie wpadł na pomysł, aby postawić mu pomnik. Nie ma w Polsce placu, na którym stałby odlany z brązy czy wykuty w kamieniu Tischner. To znaczy, że ci, którzy go słuchali, zrozumieli, czego naprawdę chciał. Jego pomnikiem są liczne inicjatywy: szkoły noszące jego imię, hospicjum dla dzieci, któremu patronuje, odbywające się cyklicznie imprezy. Różne środowiska wciąż czują się zobowiązane spłacać dług, który u niego zaciągnęły. Każdego roku ukazują się nowe książki pokazujące go w nieco innym świetle. Tischner „pracuje” u podstaw, nie na górze. Kto pragnie władzy takiej czy innej, temu Tischner na nic się nie przyda. Pozostanie inspirujący dla tych, których interesuje samo myślenie. I którzy podzielają jego wiarę, że wolny, myślący człowiek „ma władzę nad każdą władzą”.

2010-06-30T08:37:00+00:00 30 czerwca 2010|Bez kategorii|