Pojednanie

Pojednanie

W związku z tragedią w Smoleńsku i żałobnymi uroczystościami, odbywającymi się w tych dniach najpierw w Warszawie i Krakowie, a potem w całym kraju, publikujemy refleksję Wojciecha Bonowicza, która ukazała się na łamach najnowszego „Tygodnika Powszechnego” (nr 16/2010) pod tytułem „Nie ma ich tu”.

Najpierw przychodzą na myśl słowa Ewangelii, która opisuje poranek wielkanocny. O świcie kobiety idą do grobu. Kamień jest odsunięty, wewnątrz nie ma ciała, którym zamierzały się zająć. Kobiety są bezradne i przerażone. Co się stało? Czy ktoś wykradł ciało? Jeśli tak, to dlaczego? Naraz stają przy nich dwaj mężczyźni w lśniących szatach. „Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych?”, mówią. „Nie ma Go tu: zmartwychwstał”.

„Nie ma Go tu…” Oto najbardziej zwięzły opis tego, czego doświadcza każdy z nas w chwili straty. Kiedy dociera do nas, że naprawdę nie ma, że będziemy odtąd żyć w „świecie bez” – świecie bez niego czy bez niej, ale też bez tej cząstki nas, którą on czy ona nosili w sobie. A jeśli nawet nie byli nam bliscy, jeśli – tak jak wiele bohaterek i bohaterów tragedii w Smoleńsku – byli dla nas tylko „znajomymi z ekranu”, to przecież także zostawiają po sobie pustkę. „Gościli” w naszych domach, bywali tematem naszych rozmów, komentowaliśmy ich decyzje i słowa, złościliśmy się na nich lub ich oklaskiwali. Byli – i nie ma. Są zdjęcia, nagrania, wspomnienia – ich nie ma. A ponieważ zginęło ich tak wielu, ta pustka staje się niemal dotykalna.

Miedzy „Nie ma Go tu…” i „…zmartwychwstał” rozpięte jest to wszystko, co dziś czujemy. Może nie wszyscy tak czują. W końcu w ewangelicznym: „Nie ma Go tu…” nie ma tak naprawdę smutku. Jest wskazanie nadziei, która mieszka w ostatnim słowie tego zdania. A większość z nas jest teraz po stronie smutku. Rodziny straciły bliskich, przyjaciele – przyjaciół, naród – tych, którzy go reprezentowali. Więc nasze „nie ma” jest pełne bólu, lęku, niezgody na to, co się stało. Nie spieszmy się. Żeby przejść z jednej strony zdania na drugą, potrzeba czasu.

W takich chwilach „Nie ma Go tu…” przybiera też niekiedy postać pytania: gdzie był Bóg? Dlaczego nie pomógł ludziom podjąć rozsądnych decyzji? Nie powstrzymał katastrofy? Mówimy: wola Boża. Czy wolą Boga jest, żeby ludzie ginęli w ten sposób? W takim razie albo nie jest dobry, albo wcale Go nie ma…

Martin Buber w „Opowieściach chasydów” przywołuje następującą scenę. Oto jeden z uczniów zwierza się nauczycielowi, że w nieszczęściu trudno jest zachować wiarę w Bożą opatrzność czuwającą nad każdym człowiekiem. Wydaje się wtedy, jak gdyby Bóg ukrył przed nami swoje oblicze. „Jeżeli człowiek wie, że to ukrycie, to już nie jest ukrycie”, odpowiada rabbi. Bóg jest. A jaki jest? Widzieliśmy to na ulicach. Bóg zamienia rozpacz w słowo modlitwy. Kościół w takich chwilach najpierw bije w dzwony, potem zwołuje ludzi na Eucharystię. Przede wszystkim jednak Kościół wskazuje na krzyż. Co mówi krzyż? Mówi, że Bóg wie. Bóg także doświadczył straty. Czy tylko „doświadczył”? Teologowie mówią, że dopóki trwa historia człowieka, historia cierpienia Chrystusa nie jest jeszcze zakończona. Istnieje związek między męką Chrystusa a męką świata. Tyle można – czy wolno – powiedzieć w takiej chwili, jak ta.

„Każda utrata jest dla zmartwychwstania”, usłyszałem kiedyś od Jeana Vanier. Każda śmierć jest po to, by na nowo przemyśleć życie. W obliczu tragedii w Smoleńsku czujemy mocniej niż kiedykolwiek, że nie mamy kontroli nad życiem. Oto zginęli ludzie, którzy – wydawało się – mieli instrumenty kontroli w swoim ręku. Istnieje coś takiego, jak teatr władzy: ludzie władzy przyjmują rozmaite role i dbają o to, żeby je dobrze odegrać. Nie zawsze jednak są świadomi, w jakich grają dekoracjach i dla kogo. Czasem ma się wrażenie, jakby grali dla siebie nawzajem. I nagle gra zostaje przerwana. Wyraźniej widać scenę oraz widzów. Czy zatem zmienią się reguły gry? Czy zmieni się język? Powiem nieostrożnie: język musi się zmienić. Nie wyobrażam sobie, żeby się nie zmienił. Naszym obowiązkiem jest dopilnować tej zmiany.

W pierwszych komentarzach często przywołuje się sytuację po śmierci Jana Pawła II. Mówi się: miała być inna Polska – i co? Wystarczyło kilka tygodni… Nie wiem, czego kto wtedy oczekiwał, ale uważam, że Polska w następnych latach była jednak trochę inna. To prawda, że podziały nie tylko nie zniknęły, ale jeszcze się zaostrzyły. Co więcej, biegły również w poprzek środowisk. Ale prawdą jest też, że opinia publiczna zrobiła się bardziej wymagająca. Jesteśmy bardziej wrażliwi na manipulację, gorzej znosimy agresję, tęsknimy za polityką „wielkiego formatu”.

Nie da się jednak przeprowadzić pełnej analogii między tamtym czasem a tym. Z wielu powodów. Ja powiem o jednym. Papież nie był w centrum naszych sporów politycznych. Był ponad nimi. Dlatego to, co działo się po jego śmierci, każdy mógł oceniać wedle miar, do których był przywiązany. Kiedy na pogrzebie Jana Pawła II Lech Wałęsa wyciągnął rękę do Aleksandra Kwaśniewskiego, jedni mówili: „To wspaniałe!”, a inni: „Swój swojemu podał”. Nie wszyscy też płakali po Papieżu… A teraz? Teraz sytuacja jest inna. Wszyscy mają po kim płakać. Śmierć pojednała ludzi, którzy w życiu byli niekiedy w ostrym konflikcie. Których różniły poglądy, wyznawane wartości, polityczne cele. Zostali pojednani „najgorszym pojednaniem”. Ale ta utrata może być dla zmartwychwstania.
A gdyby pochować ich razem? Pierwsza myśl: to zawsze trudne dla rodzin… Rodziny potrzebują własnych mogił. W życiu dzieliły się swoimi bliskimi z państwem, dlaczegóż miałby to robić jeszcze po śmierci? Druga myśl: to trudne także dlatego, że może nie wszyscy chcieliby mieć na swoim grobie krzyż. Nie ma nic bardziej gorszącego niż spory o cmentarze. A jednak… Taki wspólny grób byłby w moim przekonaniu mocnym i czytelnym znakiem. Modlitwa czy wspomnienie obejmowałyby za każdym razem wszystkich, którzy zginęli. Także politycznych czy ideowych przeciwników. Nie chodzi o zamazywanie różnic. Chodzi o to, co jest od różnic ważniejsze. „Najgorsze pojednanie” stałoby się pojednaniem w imię jakiejś nadziei.

Ale nawet jeśli to nie byłoby możliwe, to przecież coś jest możliwe, więcej – jest niezbędne. Także my sami musimy się pojednać z tymi zmarłymi… Cokolwiek o nich myśleliśmy czy mówiliśmy, nie ma już znaczenia. Musimy się z nimi pojednać. To się nie dokona w okrągłych słowach, które ze zdruzgotanych ludzi wyciągają zdesperowani dziennikarze. To się musi dokonać w nas, w naszym wnętrzu. Każdy z nas wie, z kim powinien się pojednać.

Nie ma ich tu… To czuje każdy. Co dalej? To, co dalej, jest w naszych rękach. Nie mówmy, że inni nie sprostali próbie. Skupmy się na tym, żebyśmy my tej próbie sprostali. Każda utrata jest dla zmartwychwstania. Ta śmierć może być – dla pojednania.

2010-04-17T16:29:00+00:00 17 kwietnia 2010|Bez kategorii|