Papież Franciszek i miłosierdzie Boga

Strona główna/Aktualności/Papież Franciszek i miłosierdzie Boga

Papież Franciszek i miłosierdzie Boga

„Franciszek mówi, że imieniem Boga jest miłość miłosierna. Nasłuchując tego, co Kościół mówi przez ostatnie 50–60 lat, odkrywamy, że to jest właśnie to – że Bóg jest miłością, która jest miłosierna, czyli przekracza granice sprawiedliwości czy wzajemności”, podkreśla bp Grzegorz Ryś. „Miłość miłosierna wyróżnia się tym, że wytrzymuje próbę odrzucenia. Franciszek to świetnie wyczuwa”. Jeżeli jeszcze nie czytaliście książki „Miłosierdzie to imię Boga” – zachęcamy do lektury.

„Czy miałeś, drogi Czytelniku, kiedykolwiek okazję głęboko rozmawiać o swoich słabościach i grzechach z doświadczonym księdzem, który świetnie zna i Boga, i życie – i właśnie dlatego pełen jest wobec ciebie dobroci i życzliwości? Jeśli nie, to weź do ręki najnowszą książkową rozmowę z papieżem Franciszkiem >>Miłosierdzie to imię Boga<< – a odkryjesz takie właśnie miłosierne oblicze Boga i Kościoła”, pisał publicysta katolicki i redaktor naczelny kwartalnika „Więź” Zbigniew Nosowski. A autor rozmowy z papieżem, włoski watykanista Andrea Tornielli, wyznał: „Celowo nie pytałem Ojca Świętego o wiele spraw, bo to one byłyby dziś na stronach gazet, a nie przesłanie o miłosierdziu Boga. Chciałem, by to była rozmowa serc. I mam nadzieję, że tak wyszło”.
W tym gorącym czasie, kiedy papież Franciszek gości na polskiej ziemi, proponujemy powrót do tej niewielkiej, bardzo prostym językiem napisanej książki. Oto jej niewielkie fragmenty.

ANDREA TORNIELLI: Ojcze Święty, czy może nam Ojciec powiedzieć, jak zrodziło się pragnienie ogłoszenia Jubileuszu Miłosierdzia? Skąd przyszło natchnienie?

FRANCISZEK: Nie można tu mówić o jednym szczególnym wydarzeniu. Różne sprawy przychodzą do mnie same, to sprawy Pana, strzeżone w modlitwie. Nigdy nie jestem skłonny zdawać się na pierwszą reakcję wobec własnych pomysłów czy przedstawianych mi przez kogoś propozycji. Nigdy nie ufam pierwszej reakcji, również dlatego, że często jest ona błędna. Nauczyłem się czekać, zawierzać Panu, prosić Go o pomoc, bym mógł lepiej rozeznać, pozwolić się prowadzić. Do tego, by przyznać centralne miejsce miłosierdziu – które stanowi dla mnie najważniejsze przesłanie Jezusa – dojrzewałem stopniowo podczas mojego życia kapłańskiego. Było to skutkiem mojego doświadczenia spowiednika, wielu pozytywnych i pięknych historii, które poznałem. (…)

Ksiądz Luigi Giussani przytaczał przykład zaczerpnięty z powieści Bruce’a Marshalla „Ale i oni otrzymali po denarze”. Bohater książki, ksiądz Gaston, musi wyspowiadać młodego niemieckiego żołnierza, którego francuscy partyzanci skazali na śmierć. Żołnierz wyznaje swoją słabość do kobiet i liczne przygody miłosne, jakie przeżył.
Ksiądz wyjaśnia mu, że by móc uzyskać przebaczenie i odpuszczenie grzechów, musi za nie żałować. Żołnierz odpowiada: „Jak mam żałować? To było coś, co mi się podobało, gdybym miał możliwość, teraz zrobiłbym to samo. Jak miałbym żałować?”.
Wówczas ksiądz Gaston, który chce dać rozgrzeszenie temu penitentowi stojącemu już niemal w obliczu śmierci, wpada na genialny pomysł i pyta: „Ale czy żałujesz, że nie żałujesz?”, a młodzieniec spontanicznie odpowiada: „Tak, żałuję, że nie żałuję”. Czyli: przykro mi, że nie umiem okazać żalu. To staje się maleńką szczeliną, która pozwala miłosiernemu księdzu udzielić rozgrzeszenia.

To prawda, tak właśnie jest. To przykład, który dobrze ukazuje próby, jakie podejmuje Bóg, by utorować sobie przejście do serca człowieka, by odnaleźć ten prześwit, który pozwoli działać Jego łasce. On nie chce, by ktokolwiek się zgubił. Jego miłosierdzie jest nieskończenie większe od naszego grzechu, Jego lekarstwo jest nieskończenie mocniejsze niż choroba, którą musi w nas uleczyć. (…) Zastanawiając się nad moim życiem i moim doświadczeniem, nad owym dniem 21 września 1953 roku, kiedy Bóg przyszedł mi na spotkanie, napełniając mnie zadziwieniem, zawsze mówiłem, że Pan „nos primerea”, czyli nas wyprzedza, poprzedza.
Wierzę, że to samo można powiedzieć o Bożym miłosierdziu ofiarowanym, by leczyć nasze rany, wyprzedzającym nas. Bóg nas oczekuje, czeka, aż pokażemy Mu choć ten maleńki prześwit, by mógł w nas działać swoim przebaczeniem, swoją łaską. Tylko ten, kto został dotknięty, przytulony czułością Jego miłosierdzia, zna tak naprawdę Pana.
Dlatego często powtarzam, że przestrzenią, w której dochodzi do spotkania z miłosierdziem Jezusa, jest mój grzech. Kiedy doświadcza się objęć miłosierdzia, kiedy pozwala się na bycie przytulonym, kiedy jesteśmy poruszeni, wówczas życie może się odmienić, ponieważ próbujemy odpowiedzieć na ów ogromny i nieoczekiwany dar, który w ludzkich oczach może wydawać się wręcz „niesłuszny”, tak jest obfity. Stajemy wobec Boga, który zna nasze grzechy, nasze zdrady, nasze zaparcia się, naszą nędzę. A przecież jest tutaj, oczekuje nas, by ofiarować się nam w całości, by nas podnieść.
Wracając do historii przedstawionej w powieści Marshalla: wychodzę z podobnego założenia, idę w tym samym kierunku.
Chodzi tutaj nie tylko o tę maksymę prawną, zawsze aktualną, według której in dubio pro reo, czyli w razie wątpliwości należy osądzić zawsze na korzyść osoby poddawanej sądowi. Chodzi również o to, że istotny jest gest. Sam fakt, że ktoś idzie do konfesjonału, wskazuje, że mamy już jakiś zaczątek żalu, choćby nawet nieuświadomionego.
Gdyby nie było tego pierwszego kroku, pierwszego poruszenia serca, osoba ta po prostu by nie przyszła. To, że tam jest, może zaświadczyć o pragnieniu zmiany. Słowo jest ważne, wyraża gest. Ale sam gest również jest ważny: czasem więcej może znaczyć pełna niepewności i pokory obecność penitenta, który z trudem się wypowiada, niż wielomówstwo kogoś, kto opisuje swój żal. (…)

Co sądzi Ojciec Święty o tym, kto spowiada się stale z tych samych grzechów?

Jeśli mówimy o niemal automatycznym powtarzaniu stałej formułki, powiedziałbym, że penitent nie jest dobrze przygotowany, nie otrzymał odpowiedniej katechezy, nie potrafi zrobić rachunku sumienia i nie wie o wielu popełnianych grzechach, nie zdaje sobie z nich sprawy…
Bardzo podoba mi się spowiedź dzieci, ponieważ one nie są abstrakcyjne, mówią po prostu, co się stało. Wywołują uśmiech. Są proste: mówią o tym, co się stało, wiedząc, że to, co zrobiły, jest złe. Jeśli pojawia się powtarzalność, która przeradza się w przyzwyczajenie, to tak, jakbyśmy nie byli w stanie wzrastać w świadomości samych siebie i Pana: tak, jakbyśmy nie dostrzegali, że zgrzeszyliśmy, że mamy rany, z których musimy wyzdrowieć. (…)
Jest wielu pokornych ludzi, którzy spowiadają się ze swoich ponownych upadków. W życiu każdego mężczyzny i każdej kobiety nie jest jednak tak ważne to, by nigdy nie upaść w czasie drogi. Ważne jest to, by zawsze się podnosić, nie pozostawać na ziemi, wylizując rany.
Pan Miłosierdzia zawsze mi przebacza, oferuje mi więc zawsze możliwość zaczęcia na nowo. Kocha mnie za to, kim jestem, chce mnie podnieść, wyciąga do mnie swoją dłoń. Takie jest również zadanie Kościoła: uzmysłowić ludziom, że nie ma takich sytuacji, z których nie można się podnieść, że dopóki żyjemy, zawsze można zacząć na nowo, jeśli tylko pozwolimy, by Jezus nas przytulił i przebaczył nam.
Z czasów, kiedy byłem rektorem jezuickiego Kolegium Głównego i proboszczem w Argentynie, pamiętam pewną matkę, która mając małe dzieci, została porzucona przez męża. Nie miała stałego zatrudnienia, tylko przez kilka miesięcy w roku znajdowała prace dorywcze. Kiedy nie miała pracy, by wyżywić swoje dzieci, zarabiała jako prostytutka. Była pokorna, przychodziła do parafii, próbowaliśmy jej pomóc poprzez Caritas. Pamiętam, że pewnego dnia – był to okres świąt Bożego Narodzenia – przyszła do kolegium z dziećmi i zapytała o mnie.
Zawołano mnie i przyszedłem, żeby ją przyjąć. Przyszła, by mi podziękować. Sądziłem, że dziękuje za paczkę z żywnością z Caritasu, którą jej wysłaliśmy. „Dostała ją pani?”, zapytałem. A ona: „Tak, tak, dziękuję również za to. Ale przyszłam podziękować przede wszystkim za to, że nigdy nie przestał mnie ojciec nazywać »panią«”.
To doświadczenia, z których można nauczyć się, jak ważne jest, by przyjmować z delikatnością tego, kto przed nami stoi, nie ranić jego godności. Dla kobiety tej fakt, iż proboszcz, nawet wiedząc o życiu, jakie prowadziła w miesiącach, kiedy nie miała pracy, wciąż nazywa ją „panią”, był równie ważny, a może i ważniejszy, od konkretnej materialnej pomocy, jaką jej dawaliśmy. (…)
Kościół nie jest na świecie po to, by potępiać, lecz by umożliwić spotkanie z tą przenikającą do głębi miłością, jaką jest Boże Miłosierdzie. Aby mogło się to zdarzyć – co często powtarzam – trzeba wyjść. Wyjść z kościołów i parafii, wyjść i pójść szukać ludzi tam, gdzie żyją, gdzie cierpią, gdzie mają nadzieję. Szpital polowy, ten obraz, za pomocą którego lubię opisywać ten „Kościół wychodzący”, charakteryzuje się tym, że zakładany jest tam, gdzie toczy się walka: nie ma stałej struktury, nie jest wyposażony we wszystko, jak miejsce, gdzie udajemy się, by leczyć i drobne, i poważne dolegliwości. Jest przenośny, ma zapewniać pierwszą pomoc, szybką interwencję, ma zapobiegać temu, by poszkodowani w walce umierali”.

Książkę „Miłosierdzie to imię Boga” można zamówić tutaj.

2017-04-20T13:32:22+00:00 29 lipca 2016|Aktualności|