Mistyka nadwiślańska (2)

Strona główna/Bez kategorii/Mistyka nadwiślańska (2)

Mistyka nadwiślańska (2)

„Myślę, że na przełomie wieków XIX i XX, a głównie w wieku XX powstała w Polsce mistyka nadwiślańska”, pisze w swoim szkicu Paweł Taranczewski, wskazując m.in. postaci Brata Alberta, Faustyny Kowalskiej, Karola Wojtyły i Józefa Tischnera. Publikujemy drugą część jego artykułu, który ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Znak” (nr 6/2010).

Inność Karola Wojtyły

Osoba, czyny i myśl Karola Wojtyły/Jana Pawła II była i jest przedmiotem wnikliwych badań wielu autorów na całym świecie. Nie będę z nimi konkurował, ograniczę się do myśli moich, co nie znaczy oryginalnych. „Widać” było jego zjednoczenie z Bogiem na modlitwie, Bóg jakby przez niego przezierał… Nie ma wątpliwości co do tego, że Jan Paweł II był mistykiem. Dlaczego jednak nadwiślańskim? Przecież należy on do całego świata. Myślę, że na analogicznej zasadzie jak Jezus – który należąc także do całego świata, był mistykiem żydowskim, który partycypuje w modlitwie Proroków i Psalmów, odchodząc „na górę, by się modlić”, idzie niejako na Synaj, żeby rozmawiać z Ojcem. Wstępuje na górę Tabor, odsłaniając swą postać (13). A słowo na Synaju ciągle brzmi, Tabor trwa.
Było z Karolem Wojtyłą i papieżem Janem Pawłem II chyba tak, jakby widząc Jezusa na co dzień, widział jednocześnie Jego chwałę na Taborze i słyszał, co mówią do Niego Mojżesz i Eliasz. Był bowiem prorokiem, czyli widzącym sens, którego nie widzą inni. Jeszcze inaczej: po Komunii świętej żyje w nas Chrystus. Większość z nas nie widzi Go. Papież, widząc człowieka, widział zarazem żyjącego w nim Chrystusa. Dane mu były obie strony rzeczywistości niejako równocześnie.
Był inny. Jako wikary od św. Floriana spowiadał moją śmiertelnie chorą matkę. Gdy wyszedł, widziałem jej głębokie poruszenie: „Ten ksiądz jest inny”, szepnęła. Miała na myśli inność w stosunku do znanych jej księży, ale chyba i tę, której doświadczałem nawet z dala. Doświadczał jej także Józef Tischner, który powiedział kiedyś mniej więcej te słowa: „Jak jesteś daleko od Kardynała, to jego osoba cię przyciąga, jesteś mu bliski; w miarę jednak, jak się do niego zbliżasz, tężeje niewidzialna ściana, która staje się nieprzebyta, gdy zbliżysz się doń za bardzo”. Wojtyła mieszkał w twierdzy otoczonej zewsząd niewidzialnym murem. Jego inność polegała na tajemniczej relacji łączącej go z Bogiem. Bóg – na oczach świata – zawarł z nim mistyczne małżeństwo. Jak chcą ukochani przez Papieża mistycy Karmelu, polega ono na tym, że Bóg zespala się z duszą tak ściśle jak dwa zmieszane ze sobą światła.
Pamiętam też inny stosunek Karola Wojtyły do człowieka. Pamiętam spotkanie z nim w Zakopanem. Była zima, a Jacek Woźniakowski, dowiedziawszy się, że Kardynał jest u sióstr urszulanek w Borach, zaprosił go na Koziniec. Pojechaliśmy do klasztorku, Kardynał wzbraniał się, ale w końcu zaproszenie przyjął. Na Kozińcu siadł w kącie na wpół otulony płaszczem i prawie się nie odzywał – zagadywany przez Jacka Woźniakowskiego o sprawy Kościoła odpowiadał: „Dajcie mi spokój”. Karol Tarnowski mówił coś o teologii i filozofii, Kardynał rzucił chyba te słowa: „Dziś teologia nie ma narzędzia metafizyki”. Poza tym wtrącał urywane słowa i krótkie zdania, więcej jednak milczał. Doświadczałem obecności kogoś absolutnie autentycznego, bez maski. Wiedziałem, że on nic ze mną nie chce „zrobić”, nigdzie zapędzić, do niczego nakłonić, a tym bardziej zmusić. W niczym mi nie zagraża, niczego mi nie chce „wcisnąć”, nie było w nim cienia czegokolwiek, co mogłoby wzbudzić moją nieufność, podejrzenie, że on „teraz daje, ale potem zażąda”. Ukazało mi się „nagie” człowieczeństwo, bez „gęby”, nagie nagością nieosiągalną dla innych, człowieczeństwo to było jednym z sercem, które – jak się potem okazało – ukochało „do końca”. Jan Paweł II chętnie i z naciskiem powtarzał te słowa świętego Jana (por. J 13, 1), mając na myśli miłość Chrystusa. Jednak widzę także jego – Jana Pawła II – miłość „do końca”, czyli „bez reszty”, bez wyznaczonej miary: miłość Boga i każdego człowieka.
Locus naturalis miłości jest serce i Papież je otwierał, co przed nim w Kościele wcale nie było częste. Serce i emocje należało ukrywać, ich odsłanianie – właśnie odsłanianie – potępiano. Dobrze pamiętam sztywnych, opancerzonych księży, naganę udzielaną przez nich moim emocjom, ściśnięte wewnętrznym gorsetem, zesznurowane zakonnice… Nie pozwalano sobie na odruchy serca, bo serce zwodzi na manowce, wszystkim miał rządzić intelekt czynny, emocje, a więc ich źródło – serce, a także wola miały mu być poddane. Wszystkich – z niewielkimi wyjątkami – trzymał w karbach Arystoteles ze Stagiry razem ze świętym Tomaszem z Akwinu i w pewnej mierze Immanuelem Kantem z Królewca. Naturalnie otwarte serce Jana Pawła II to nie było „serce na dłoni”, to było serce zamieszkałe w wewnętrznej twierdzy – i dlatego właśnie otwarte dla wszystkich.

 

Wiadomo, że Karol Wojtyła chciał wstąpić do Zakonu Braci Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel, że przyjął szkaplerz, że dysertację doktorską poświęcił świętemu Janowi od Krzyża. Wiadomo, że bliska mu była siostra Teresa Benedykta od Krzyża – Edith Stein, której osoba i ofiara przyciągały jego uwagę już wtedy, gdy zainteresowanie nią nie wychodziło poza wąskie kręgi. Zaprosił Romana Ingardena do siebie na Franciszkańską, prosząc go o wspomnienie o niej. Przypominam, że głównym dziełem siostry Teresy Benedykty jest Wiedza Krzyża. Piszę o tym, bo Jan od Krzyża – a szerzej: Karmel – wiąże Karola Wojtyłę z Adamem Chmielowskim i wskazuje na oś jego duchowego życia.
Jednak w Polsce z Karmelem związało się wielu, wielu studiowało pisma Jana od Krzyża, wielu nosiło szkaplerz… Inność Karola Wojtyły wynikała z działającej w nim łaski, charyzmatu – wszak łaska to po grecku charis. Inność związku Karola Wojtyły z Krzyżem, z ofiarą Chrystusa polegała na tym, że uczynił on z Krzyża i ofiary ethos oporu przeciwko totalitarnemu zniewoleniu. Ofiarował siebie przeciw przemocy. Więcej: przeciw złu osobowemu, szatanowi, który tkwił i w faszyzmie – o czym wspominali ludzie z otoczenia Hitlera; i w komunizmie – o czym ponoć mówił kardynał Wyszyński i pisał Aleksander Wat. Zresztą i bez tych świadectw szatański korzeń drzewa faszyzmu i drzewa komunizmu poznać można po przerażających owocach.
Krzyż i ofiara w tajemniczy sposób wiążą Karola Wojtyłę z Faustyną Kowalską. On od początku ufał Faustynie i – wierząc jej wizjom – poświęcił świat Miłosierdziu Bożemu. Poświęcił w Krakowie – w Łagiewnikach! Dlaczego nie Rzymie, w „centrali”? Dlaczego Miłosierdzie Boże objawiło się w Polsce i w Krakowie, szczególnie tam, gdzie działał Brat Albert, gdzie miał żyć i działać Karol Wojtyła? Dlaczego to właśnie miasto wiąże te trzy postacie, do których dołączają Józef Tischner i Jan Pietraszko? Nie umiem sobie na te pytania odpowiedzieć, jestem jednak przekonany, że w pewnym okresie dziejów świata Kraków został wybrany po to chyba, by przyjąć te wielkie postacie mistyków – krakowskich i nadwiślańskich!
Serce Karola Wojtyły, które wraz z Chrystusem ofiarował „do końca” Ojcu Przedwiecznemu, zostało przyjęte jako żertwa ofiarna, nie dało się zwyciężyć Złemu; „orężem” Krzyża i Miłosierdzia walczyło z mysterium iniquitatis totalitaryzmów i pokonało je.

Dramat miłosierdzia

Józef Tischner tworzył filozofię dramatu, interesowała go literatura. Dlaczego jednak jest mistykiem? Dla mistyki Tischnera doniosłe są – jak mi się zdaje – trzy jego rozprawki: „Mit samopoświęcającego się Bóstwa”, „Życie wewnętrzne Boga” i „O Duchu Świętym” (14). Otwiera je – jak i większość myśli Tischnera – klucz następujący: „Coś takiego [jak filozof katolicki] nie istnieje. Jednak dzieła Kartezjusza, Leibniza, Hegla (…) – to religia pisana filozoficznie”. Dodam: dzieła Józefa Tischnera, jeśli nie wszystkie, to na pewno większość, to „religia pisana filozoficznie”. Tischner podważa w Bogu prymat bytu, istnienia, buntuje się przeciw tomistycznemu twierdzeniu, że Bóg jest causa sui, głosi pierwszeństwo dobra. Bóg nie tyle jest ipsum esse, ile summum bonum, szczytem, pełnią dobra, które się udziela. Tischner głosi misterium dobra, a jego „ja aksjologiczne” ma swą siedzibę w sercu. Jednak dobro, które przynosi ze sobą wolność, nie udziela się „za darmo”. Dzieje tego udzielania się są ludzkim dramatem. Dlatego tworzy Tischner filozofię dramatu – dialogu dramatycznego. Pod koniec życia – pisząc „Drogi i bezdroża miłosierdzia” – wiąże swą filozofię dobra z tajemnicą Bożego Miłosierdzia. Prymat dobra nie wynika u niego z systemu. On go doświadcza całym sobą, a doświadczenie to przenika całą jego myśl. Tischner jest mistykiem, ponieważ w jego myśli obecna jest tajemnica, i to odczuwana bezpośrednio – sercem, tajemnica i praktyka dobroci. „Drogi i bezdroża miłosierdzia” są zwornikiem sklepienia jego myśli. Komentując „Dzienniczek” Faustyny Kowalskiej, Józef Tischner napisał słowa, w których odsłania swoje wnętrze:

Zwróćmy uwagę na szczegół – na modlitwę do Miłosierdzia Bożego, którą wyniosła z jednej ze swoich wizji. „Na drugi dzień rano, kiedy weszłam do naszej kaplicy, usłyszałam te słowa wewnętrzne: »Modlitwa ta jest na uśmierzenie gniewu mojego«”. Są w tej modlitwie słowa wstrząsające. Modlący się mówi do Boga-Ojca: „Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego”. Co to znaczy? Znaczy to, że człowiek wkracza w wewnętrzne życie Trójcy Świętej, by podsunąć przed oczy Boga widok ukrzyżowanego Syna. Mówi: „patrz na Syna”. Patrząc na Syna, „dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie…” Dlaczego nad nami? Dlatego, bo cierpiał za nas. Popatrz, Boże, na nas poprzez Niego. Trzeba mieć odwagę mistyka, by uczyć ludzi takiej modlitwy (15).

 

Czytając słowa Tischnera i słowa Siostry Faustyny, które przytacza i określa jako „wstrząsające”, czuję, że wstrząsnęły one najpierw samym Józefem Tischnerem, i że to on się nimi modli… Faustyna ofiarowuje, Tischner ofiarowuje, każdy modlący się ofiarowuje… – co za niebywała zuchwałość, jednak Bóg jej żąda.
Tu wskażę jeszcze jeden element mistyki Tischnera – ofiarę obecną także w duchowości Brata Alberta, Siostry Faustyny i Karola Wojtyły. Mowa o niej w jego pismach późniejszych. Kiedyś, podczas rozmowy o Edith Stein – myśląc o jej „Testamencie”, w którym składa ona ofiarę ze swego życia – powiedziałem mu: „Chrześcijaństwo dopuszcza składanie ofiar z ludzi!”. A on odparł: „Tak, ale dobrowolnych”. Nadwiślańską mistykę przenika nurt ofiary składanej z ciała i krwi – czego nie było (lub nie było w takim stopniu) w mistyce nadreńskiej. Ofiary składanej z własnego ciała i własnej krwi i uczestniczącej w tym, co cielesne i duchowe w Ofierze Chrystusa. Dobrowolną ofiarę z siebie złożyła Faustyna, Adam Chmielowski, Karol Wojtyła i Józef Tischner. Filozofia dała Tischnerowi umiejętność mówienia o tych sprawach z dystansem, który stwarza pozór niezaangażowania. To ułatwiało mu zadanie, on „tylko referował…” – czuć jednak, że podpisuje się pod tym, o czym mówi. „Mit samopoświęcającego się Bóstwa” jest odpowiedzią na pytania związane z miłosierdziem i jego rolą w tzw. ekonomii zbawienia dręczące kleryka Tischnera, którym „szarpnęło” na wykładach z dogmatyki to, że poddawała ona Boga regułom arytmetyki. Na odkrycie sensownej interpretacji trzeba było drogi całego życia, która pokazała, że „wyjaśnienia należy szukać w filozofii Dobra, a nie bytu”, i że „zasadą interpretacji nie jest ekonomia, lecz miłość”. Ksiądz Tischner napisał te słowa, komentując przesłaną mu książkę Heleny Eilstein „Uwagi ateisty o micie Ukrzyżowania”.
Myśl Józefa Tischnera krąży wokół inności, dialogu, wybrania, wolności, ofiary, miłości i miłosierdzia. Przede wszystkim prymatu Dobra, a nie bytu. „Niechęć” do bytu nie bierze się z oskarżeń o nadużywanie czy manipulowanie pojęciem bytu (zarzut koniunkcji bytu–prawdy–władzy). To raczej próba rozumienia samopoświęcającego się Bóstwa z pomocą filozofii współczesnej doprowadziła ks. Tischnera do odkrycia, że filozofia bytu nie jest w stanie sprostać zadaniu, iż „zaproponowane wyjaśnienie [samopoświęcenia] jest częścią filozofii Dobra, a nie bytu”. Pierwsza jest tu nauka o Trójcy Świętej, którą Tischner przejmuje zwłaszcza od Hansa Ursa von Balthasara. Wewnątrz Trójcy toczy się dialog Osób, które są dla siebie inne i jednocześnie wybierają się wzajem, miłują się wzajem, ofiarowują się sobie wzajem. Charakterystyczne, że Tischnera pociąga wątek ofiary, samopoświęcenia Boga. Najpierw więc „Syn jest inny, Ojciec jest inny, Duch jest inny – a nawet całkiem inny”. Jednak „w Bogu nieskończona inność łączy się z nieskończonym podobieństwem Osób”. Inność sprawia, że każda z Osób jest „posiadaczem siebie”, a to oznacza, że „każdej z Osób została przyznana wolność. (…) Wolność okazuje się wewnętrznym wymiarem Boga. (…) Bóg jest wewnętrznie wolny”. Wolni obdarowują się wzajem. Syn jest darem Ojca, Ojciec jest darem wdzięczności Syna, Duch jest darem miłości Ojca i Syna. Dar zakłada wolność, ale i potrzebę dobroci i miłości. Dobro w Bogu „świeci”, ale nie jak słońce, które świeci, bo inaczej nie może. Dobro „świeci”, bo chce.
Powiedziałem na początku, że chodzi mi w tym tekście o intelektualną prowokację rozumianą bardziej jako apelowanie do niż jako wyzywanie do walki… Nie mogę wgłębiać się w wizję Trójcy Świętej u Tischnera. Mam nadzieję, że udało mi się tylko pokazać, jak kluczowa dla mistyki nadwiślańskiej idea miłości miłosiernej i praktyki miłosierdzia rodzi się we wnętrzu samego Boga. To, co Józef Tischner napisał o miłosierdziu, jest werbalizacją jego kontemplacji tajemnicy Trójcy Świętej i w tej kontemplacji ma swoje korzenie. Miłosierdzie – krew i woda – wytrysnęło z rany w boku Chrystusa, jest owocem ofiary, bo to, co dokonało się na krzyżu, jest ofiarą. Ofiara to coś więcej niż samo okrucieństwo. Ona świeci dodatkowym blaskiem i rzuca światło na poświęcenie, które stało się wielką możliwością człowieka. Ofiara to ból i śmierć – z sensem. Sens sprawia, że ofiara wyrasta ponad okrucieństwo. Człowiek jest istotą zdolną do ofiary. Właściwie tylko on. Kto wie, może właśnie dlatego Syn Boży stał się człowiekiem, że „pozazdrościł” człowiekowi zdolności do ofiary? Składając swą ofiarę, Syn Boży okrzykiem na krzyżu ukazał nie tylko to, jak bardzo Inny jest inny. Jednocześnie odsłonił, jak wielka siła tkwi w ofierze, którą składa się z miłości. Od takiej ofiary pustoszeje piekło i otwierają się bramy nieba. W akcie miłosnej ofiary ukazuje się również to, jak bardzo Inny jest inny, lecz taki sam i ten sam co Syn: „Kto widzi mnie, widzi Ojca”. Gdzie okrucieństwo dzieli, tam ofiara łączy (16).

 

To nie jest język analizy filozoficznej ani nawet język pisarza podejmującego religijną problematykę – to język mistyki. Język miłosierdzia. Sprawa jest szersza. Myśląc „miłosierdzie”, obok przypowieści o synu marnotrawnym przywołujemy przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Ktoś kogoś pobił, wrzucił do rowu i porzucił, Samarytanin okazał mu miłosierdzie. Pobity to dla nas, oczywiście, nędzarz, podobny temu, którego spotkał Adam Chmielowski na ulicy w Krakowie. Są jednak inni pobici. Ci opisani przez Czesława Miłosza w „Zniewolonym umyśleę, ci, którzy ulegli jakiejś iluzji, którzy poszli za głosem Wielkiego Inkwizytora… Ci, którzy łakną prawdy, szukają drogi. Nędzarz Chmielowskiego nie miał wyjścia, był na dnie – i Chmielowski, przygarniając go do serca, to wyjście mu pokazał. Ktoś zwiedziony, omamiony, także jest nędzarzem, tyle że duchowym. Słowo, które usłyszał i przyjął, zabiło jego ducha. Filozofia Tischnera, „religia pisana filozoficznie” jest czynem miłosierdzia wobec martwego ducha. Studium tej filozofii może być praktyką duchową. Ona usposabia do zrozumienia, a przez zrozumienie do wejścia w głębię życia duchowego. Szerzej: teksty Faustyny Kowalskiej, Józefa Tischnera, Karola Wojtyły, Jana Pietraszki mogą być traktowane jak lectio divina, która jest środkiem duchowego wzrostu, lectio, która – jak uczy święty Benedykt – nie kończy się na Piśmie Świętym, lecz obejmuje teksty zawierające intellectum fidei myślicieli chrześcijańskich.
Józef Tischner nie pozostawił traktatów o modlitwie, jednak wiele jego późniejszych tekstów jest przesiąkniętych modlitwą. Są one filozoficznym pisaniem o modlitwie, które Autor przypieczętował ofiarą złożoną Bogu ze swego umęczonego ciała.

Mistycy nadwiślańscy – szkic do portretu

Wszystkim mistykom nadwiślańskim wspólna jest głęboka emocjonalność, jednak nie żywiołowa, a „temperowana” rozumem, a także gorącość serca. Widzimy ją u Adama Chmielowskiego, który chciał być dobry jak chleb; u Faustyny Kowalskiej, która chce, by Chrystus sprawił, aby cała stała się miłosierna; u Karola Wojtyły, który umiłował do końca; u Józefa Tischnera – który lubił słowa: „polska dobroć”. Mistyka nadwiślańska jest ekspresją serca skierowanego ku dobru. Ale powtarzam: ani Chmielowski, ani Faustyna, ani Wojtyła, ani Tischner nie są irracjonalni. Poruszając sprawy najważniejsze, czynią to w sposób rozumiejący. Jednak u wszystkich zasadą rozumienia jest miłość – to hermeneutyka miłości, wiary, która szuka zrozumienia miłością – i zrozumienie to znajduje! Każdy z nich szukał zrozumienia i każdy zrozumiał na innej drodze: wizji, malarstwa i czynnego miłosierdzia, poezji, teologii i filozofii – filozofii, teologii i teatru. Rozumność i „artystyczność” tej mistyki, jej związki z filozofią – nawet u Faustyny Kowalskiej, nie mówiąc już o Tischnerze i Wojtyle – to osobny temat badań (17).
Na koniec pojawiają się wątpliwości. Czy mistyka nadwiślańska jest aż tak bardzo odległa od mistyki spekulatywnej Mistrza Eckharta, że wolno przeciwstawić jedną drugiej? Tischner pisze, że Eckhart „postrzega Stwórcę wedle logiki dobra” (18), a więc według tej logiki, która miałaby wyróżniać mistykę nadwiślańską. Podobieństwa i różnice odsłonić może dopiero wnikliwa analiza, o którą mi właśnie chodzi. Dalej: Tischner jest w jakiś sensie „mistykiem spekulatywnym” – w jakim sensie? Może w takim, że spora część jego filozofii jest modlitwą myśli – myśli, która nieustająco myśli. „Ja właściwie cały czas rozmyślam” (19) – napisze. Karol Wojtyła podobnie – jest przecież filozofem, aczkolwiek jego mistyka ujawnia się także w wierszach, zwłaszcza tych późnych.
Ciągle jednak nie zamknąłem zwornikiem sklepienia nadwiślańskiej mistyki. Niepodobna ona do innych, ale i w pewnych punktach podobna. Tischner przybliżył na powrót mistykę nadreńską, a należy do nadwiślańskiej… Mistyka na ogół bierze się z jakiegoś nawrócenia. Idę drogą i widzę, że dalej nią iść nie mogę i nawracam, zawracam. Z różnych powodów: zdecydowanego wezwania – jak w przypadku Faustyny Kowalskiej, wejścia w siebie i odkrycia tam swego powołania – to przypadek Chmielowskiego, Wojtyły, Tischnera. Szli już jakąś drogą i odkryli, że jednak nie tędy, nie malarstwo, nie polonistyka i aktorstwo, nie prawo – a służenie nędzy, a kapłaństwo. Mistyka, życie mistyczne jest darem, nie można go osiągnąć drogą ćwiczenia. Mówi się: jest łaską, powiada się: jest życiem nadprzyrodzonym w pełni rozwiniętym. Kluczowa jest łaska, która jednak nie jest ideą łaski, czymś takim jak na przykład „trójkąt w ogóle”. Być może są jakieś rysy istotne łaski, tu jednak chodzi mi o tę szczególną łaskę, którą obdarzony został każdy z nadwiślańskich mistyków. Pojawili się oni w konkretnym momencie dziejów Polski i dana im łaska jakoś to uwzględnia.

 

Myślę, że była to łaska stawienia oporu złu. Złu nędzy ludzkiej tak ostrej w wieku XIX, na które – bez łaski – odpowiadano rewolucją i terrorem, złu wieku XX – które nie było złudzeniem Bacona, złośliwym geniuszem Kartezjusza, pułapkami Wielkiego Inkwizytora, nawet nie fatum i nawet nie pozaosobową strukturą, która zmusza człowieka do popełniania zła. Owszem, owa struktura była obecna w systemach totalitarnych, ale zrodziła ją uległość pokusie węża, propozycji rozwiązania wszystkich problemów, eliminacji nędzy tego świata poprzez eliminację złych struktur i zastąpienie ich strukturami dobrymi. Istota owych nowych struktur odsłoniła się nie od razu, „kąsały” skutecznie: faszyzm krócej, komunizm dłużej. Adam Chmielowski widział, na co się zanosi – rewolucja stała w drzwiach. Faustyna widziała toczącą się walkę duchową, która wcześniej objawiła się dzieciom w Fatimie, skąd wyszła modlitwa zbliżona do Koronki… – z tym, że Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Chrystusa ofiarowuje fatimska modlitwa Trójcy Świętej, a nie „samemu” Ojcu Przedwiecznemu. Faustyna rozumie, że za jej pośrednictwem Bóg odpowiada na szczególne, nowe zło jej epoki. Podobnie ksiądz Jan Pietraszko, o którym pisał Tischner:

Miał odwagę mówienia o dobroci Boga. A przecież jego świadomość zła i grzechu świata nie ma sobie równej. Pietraszko był świadkiem wojny, jest świadkiem stalinowskiego terroru, świadkiem zdrad i upadku wielu. Ponad niezwykłym „krajobrazem grzechu”, jaki w sobie nosi, góruje wizja Boga miłości, który unicestwia grzech (20).

Jan Paweł II mówi o mysterium iniquitatis, Tischner w filozofii szuka odpowiedzi na to, co oglądają jego oczy, fascynuje się złośliwym geniuszem u Kartezjusza, ostatecznie jednak dociera do „przestrzeni totalitarnej” wieku XX. Nie bez kozery w „Sporze o istnienie człowieka” znalazł się rozdział „Kołyma i świat ją otaczający”. Ponadto wszyscy oni obdarzają nas miłosiernym słowem.
W wieku XX ujawniło się zło, któremu przeciwstawić można było już tylko ofiarę Chrystusa i niezliczonych ludzi (jak na przykład ks. Jerzy Popiełuszko) oraz płynące z tej ofiary miłosierdzie; ethos ofiary i miłosierdzia. Ujawnić trzeba na nowo sens tej ofiary i miłosierdzia w wizjach Faustyny, czynach Chmielowskiego, nauce i czynach Karola Wojtyły, nauce Pietraszki i filozofii Tischnera. Wiele wskazuje na to, że w wieku XX w systemach totalitarnych ujawnił się autor zła: szatan. W walce z nim trzeba było sięgnąć po broń ostateczną, po miłość miłosierną płynącą z krzyża. Oblicze wieku XX odsłania się Chmielowskiemu, Faustynie, Wojtyle, Tischnerowi, Pietraszce. Oni widzą, jak naprawdę jest. Trwogą napełnia mnie wizja Faustyny, w której stanęła przed nią śmierć marszałka Piłsudskiego. Nie tyle sama jego agonia, ile odsłonięta w tej wizji druga strona człowieka. To, że po tej drugiej stronie dzieje się coś, czego nie widzimy, co jednak jest „prawdziwsze od naocznej prawdy”. Faustyna widziała, jak naprawdę jest, jakie są dzieje, co jest w człowieku…
Mistycy nadwiślańscy odkryli mysterium iniquitatis ujawnione w systemach totalitarnych, Pokazali, że zło komunizmu i faszyzmu to nie tylko – choć także – wynik splotu szczególnych warunków politycznych, ekonomicznych, społecznych i psychicznych w społeczeństwie niemieckim po pierwszej wojnie czy panujących w Rosji czasu wojny i rewolucji. Odkryli dramat metafizyczny walki (jednak!) – nie dialogu! – dobra ze złem (Faustyna), walki toczonej w wieku XIX i XX. Odkryli też, że jedyną „taktyką” zdolną się mu przeciwstawić jest dobro, ofiara, miłość i miłosierdzie – czynem i słowem. Owa „taktyka” miłosierdzia zwiera sklepienie nadwiślańskiej mistyki, tę „taktykę” najlepiej opisał Tischner w „Drogach i bezdrożach…”, a jako propozycję dla świata przedstawił Jan Paweł II w „Dives in misericordia”.
Jest to także „taktyka wyzwolenia”. Myśl o wyzwoleniu przenika pisma Karola Wojtyły i, oczywiście, jego działania, zwłaszcza jako papieża. Józef Tischner był filozofem wyzwolenia, Adam Chmielowski o wyzwoleniu nie mówił, ale wyrywał ludzi z niewoli nędzy i grzechu, z niewolników czynił wolnych. Faustyna Kowalska wskazała Karolowi Wojtyle i Józefowi Tischnerowi drogę wyzwolenia siebie i wyzwalania innych. Zwłaszcza Wojtyła i Tischner pokazali, że Chrystus wyzwala, a nie zniewala – a tak sądziło wielu – w tym myśliciele Oświecenia, a także Karl Marks i ci, którzy żywili się jego myślą. Pokazali, że Chrystus nie zastawia „pułapki” na człowieka, nie zwodzi go, nie produkuje resentymentów, że – przeciwnie – odkupia, wyzwala… Nie widziałem wielu ludzi tak wolnych, jak Karol Wojtyła czy Józef Tischner…

 

A wreszcie – last but not least – w mistykę nadwiślańską wpleciona jest sztuka. Nie chodzi tylko o to, że Brat Albert to Adam Chmielowski – malarz. W Janie Pawle II żyje poeta i ujawnia się w ostatnich jego latach z całą mocą. Jestem pewny, że był on w duchu artystą, co właśnie pozwalało mu wnikać w najprzepastniejsze tajemnice. Józef Tischner stara się zrozumieć człowieka, sięgając po metaforę teatru! Metaforę dramatu! W posłannictwo Faustyny Kowalskiej nierozerwalnie wpisane jest malarstwo – niestety, kiepskie, wolałbym, żeby obraz Bożego Miłosierdzia namalował Tycjan w swym późnym okresie, kiedy to powstała Pieta, znajdująca się dziś w weneckiej Galleria dell’Accademia. Tycjan umiał malować światło mistyczne! Ale obraz Bożego Miłosierdzia mógłby namalować i Rembrandt – kto wie, czy nie lepiej. Istnieje zresztą obraz zbliżony, tyle że bez promieni („Chrystus zmartwychwstały”).
Jednego jestem pewien – mistyka nadwiślańska jest faktem i powinna zostać zbadana! Z braku kompetencji nie jestem w stanie samodzielnie się tego podjąć. Chcę namówić do tego innych. Spraw, które wiążą się z mistyką nadwiślańską – a może z mistyką polską – jest wiele, na pewno o wiele więcej, niż mogę pomyśleć. Wiele jest także postaci dla tego tematu znaczących, których nie wymieniłem i nie omówiłem – nawet szkicowo (na przykład o. Piotr Rostworowski). Wydobycie dalszych postaci, nakreślenie kolejnych problemów wymaga badań, i to rozległych – uwzględniających historyczny kontekst ich spuścizny, znajomość pism życia i czynów ich XIX-wiecznych poprzedników.

Przypisy:
13 Słowo „postać” ma tu sens techniczny, jest polskim odpowiednikiem niemieckiego rzeczownika Gestalt, który obecny jest w myśli niemieckiej co najmniej od Goethego po Hansa Ursa von Balthasara.
14 Zebrane w tomie „Ksiądz na manowcach”, Kraków 2009.
15 J. Tischner, „Drogi i bezdroża miłosierdzia”, wyd. cyt., s. 51.
16 J. Tischner, „Ksiądz na manowcach”, wyd. cyt., s. 100.
17 Por. I. Różycki, „Nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego: studium teologiczne Dzienniczka bł. s. Faustyny Kowalskiej na temat Nabożeństwa”, Kraków 2007. Należy też uwzględnić dramatyczny apel Hansa Ursa von Balthasara o przywrócenie piękna myśleniu chrześcijan (zob. H.U. von Balthasar, „Chwała. Estetyka teologiczna”, t. I: „Kontemplacja postaci”, tłum. E. Marszał, J. Zakrzewski, Kraków 2008).
18 J. Tischner, „Ksiądz na manowcachę, wyd. cyt., s. 193.
19 Tamże, s. 188.
20 Tamże, s. 83.

2010-08-18T14:32:00+00:00 18 sierpnia 2010|Bez kategorii|