Ksiądz Tischner o Kołakowskim

Strona główna/Bez kategorii/Ksiądz Tischner o Kołakowskim

Ksiądz Tischner o Kołakowskim

Publikujemy artykuł ks. Tischnera napisany w maju 1998 r. z okazji przyznania prof. Leszkowi Kołakowskiemu Orderu Orła Białego. Tekst ten ukazał się pierwotnie w „Tygodniku Powszechnym”. Jest to krótkie podsumowanie tego, co dla Tischnera było w myśleniu i postawie Kołakowskiego najważniejsze.

Leszek Kołakowski był pierwszym polskim filozofem, który ideę „prawa człowieka” uczynił osnową swojego myślenia. Idea nie była rozumiana abstrakcyjnie. Wyrastała z konkretnego czasu i miejsca. Miejscem była Polska, a czasem – czas komunizmu.
W mojej świadomości Leszek Kołakowski zaistniał najpierw jako krytyk „filozofii katolickiej”. Pamiętajmy, że głównym zarzutem, jaki postawił wtedy katolikom i Kościołowi, był zarzut braku respekty dla „praw człowieka”. Byłem porażony tamtymi wywodami. Zarazem wyzułem w nich historyczne wyzwanie pod adresem myśli chrześcijańskiej. Można się było zżymać za formę, ale gdy idzie o sedno sprawy, to Kołakowski miał rację. Było to przecież jeszcze przed Soborem. Zdecydowane przyswojenie idei praw człowieka przez Kościół dokonało się dopiero podczas Soboru.
Kto raz wszedł w nurt refleksji nad „prawami człowieka”, ten musiał kiedyś zwrócić się przeciwko marksizmowi. Leszek Kołakowski odchodzi od młodzieńczego zafascynowania rewolucją. Odchodzi przede wszystkim jako filozof. Nie polega to na prostym geście oddania legitymacji partyjnej, ale na krytycznym przezwyciężeniu całego dziedzictwa myśli marksistowskiej, która kiedyś była mu bliska. Trzeba pokazać, dlaczego się odchodzi. Tak powstają „Główne nurty marksizmu”. Stawia się dziś tę pracę obok „Archipelagu Gułag” Sołżenicyna. Sołżenicyn pokazał okrucieństwo systemu. Kołakowski pokazał sposób usprawiedliwiania okrucieństwa. Sołżenicyn wywołał moralne oburzenie świata. Kołakowski wzbudził wstyd – wstyd intelektualisty z powodu przyłożenia ręki do legitymizacji zbrodni. Sołżenicyn nie miał litości nad funkcjonariuszami systemu. Kołakowski nie miał litości nad jego ideologami, włączając w to częściowo również siebie.
Myślenie Leszka Kołakowskigo ma głęboko etyczny charakter. Pojawiał się wszędzie, gdzie świtała wolność. To ciekawe: napisał „etykę bez kodeksu”, a z drugiej strony wyznaczył sobie i swemu myśleniu niezwykle surowy kodeks służby dla „bycia w prawdzie”. Dla szerokiej publiczności był autorem podpisów pod uchwalanymi rezolucjami, protestami, czy deklaracjami poparcia dla budzących się ruchów wolnościowych. Po 1968 roku musiał wyemigrować. Kilka lat później został zagranicznym rzecznikiem KOR-u. Takim znała go szeroka publiczność. Kim był wtedy dla inteligencji i studentów, którzy pozostali w kraju i swym osobistym „byciem w prawdzie” tutaj tę wolność budowali? Z tych czasów pamiętam przede wszystkim jego „Tezy o nadziei i beznadziejności”. Mówiliśmy o tym na wykładach, na seminariach. Był to bardzo ważny dla nas tekst. Wśród słuchaczy przewinęła się czasem postać Staszka Pyjasa. To było to pokolenie.

 

„Etyka bez kodeksu” wywołała zgorszenie. Ciekawe, że najgłośniej oburzenie swe wyrażali i nadal wyrażają wyznawcy rozmaitych „kodeksów” – od „Dekalogu” poczynając, a na „Kazaniu na górze” kończąc, których nazwiska nigdy jednak nie znalazły się pod żadnym protestem skierowanym przeciwko nadużyciom władzy. Wzniosłe „kodeksy” służyły im głównie do usprawiedliwiania własnego „siedzenia cicho”.
Sprawy religii idą razem z Leszkiem Kołakowskim jak cień. Wyczuwał on, że religia jest ważna i że właśnie dokonuje się w niej wielki przełom. Nawet więcej: niósł ten przełom w sobie. Znałem wtedy kilku wybitnych polskich filozofów, ale żaden z nich – nie wyłączając filozofów religijnych – nie wyczuwał tak osobiście i tak głęboko napięć religii. Przypomnijmy niektóre szczegóły. Oto słynny artykuł o Chrystusie-człowieku, który oburzył Gomułkę. Potem była „Świadomość religijna i więź kościelna”, w której ukazał się nam dylemat żywej wiary i martwych instytucji. Potem praca o mistyce. Niedawno praca o religijności Pascala. A gdzieś po drodze krótki, ale jakże znakomity artykuł o nowym Katechizmie Kościoła Katolickiego. Nie można również pominąć w tym kontekście osobistego wkładu Leszka Kołakowskiego do tego, co dzieje się w domu Jana Pawła II w Castel Gandolfo podczas sympozjów organizowanych przez wiedeński Instytut Nauk o Człowieku. Nie mam prawa pisać o spotkaniach Leszka Kołakowskiego z Janem Pawłem II i ich rozmowach przy posiłkach. Powiem tylko tyle: w sprawach „praw człowieka” i „bycia w prawdzie” rozumieją się bez słów.
Kołakowski „wchodzi w religię” i religia wchodzi w Kołakowkiego. Ale są rozmaite „wejścia w religię” Jedni wchodzą i natychmiast używają religii w procesie, który bezustannie wytaczają bliźnim swoim. Kołakowski wchodzi w religię i równocześnie porzuca religię. Co to znaczy? Czy można porzucać łaskę? Nie o porzucanie łaski tu chodzi. Jego wejścia i odejścia przypominają do żywego drogę teologii negatywnej. Teologia ta mówi, że o Bogu wiemy raczej to, czym nie jest, niż to, czym jest. Każde znalezienie Boga nie jest niczym innym jak znalezieniem obrazu, który trzeba porzucić. Znamy Boga jako Tego, który odchodząc – mówi: „Do widzenia”.
„Wyrozumiałość bez pobłażliwości” – to zasada myślenia na czas próby, którą Leszek Kołakowski sformułował pod koniec czasów stalinizmu. Jej mądrość wykracza jednak daleko poza tamten czas. Zawsze jest człowiek i zawsze są jakieś próby wtrącenia go w nieprawdę, Dzieło Leszka Kołakowskiego jest dodaniem odwagi każdemu, kogo boli jego własne trwanie w nieprawdzie.

Źródło: „Tygodnik Powszechny” nr 20/1998; tytuł oryginału: „Wyrozumiałość bez pobłażliwości”.

2009-07-22T21:01:00+00:00 22 lipca 2009|Bez kategorii|