Od kilku tygodni jest już w księgarniach nowe, rozszerzone wydanie „Podróży z filozofią w tle” Michała Hellera. Wybitny filozof i kosmolog ks. Michał Heller, podróżując po świecie, nie rozstaje się z piórem i notatnikiem. W samolocie, w pociągu, na ławce w parku, a nawet w przerwie między wykładami powstają zapiski, które później dają początek interesującym artykułom i esejom.

„Podróże z filozofią w tle” to zbiór takich właśnie tekstów. Znajdziemy w niej rozważania o urodzie matematyki i sztuce udzielania wywiadów, o języku japońskim i Wielkim Zderzaczu Hadronów, o starogreckiej poezji i okularach Stephena Hawkinga. Znajdziemy też „Dyskusji z Tischnerem ciąg dalszy” – tekst napisany po śmierci wieloletniego przyjaciela, z którym Hellera wiele łączyło, choć filozoficznie znajdowali się na odległych pozycjach.
W nowym, poszerzonym wydania książki znalazły się też artykuły powstałe po otrzymaniu przez ks. Hellera Nagrody Templetona. To piękne teksty, w których między znakomite opisy świata ludzi i natury – na przykład Wysp Kanaryjskich albo norweskich fiordów – co rusz wkracza najważniejsze pytanie filozofii: pytanie o sens istnienia.
Publikujemy na naszej stronie jeden z esejów, zatytułowany „Cambridge Newtona i Hawkinga przez czerwone okulary”. Całą książkę – w bardzo atrakcyjnej cenie i atrakcyjnych wakacyjnych pakietach – można zamówić tutaj.

Cambridge Newtona i Hawkinga przez czerwone okulary

Wrzesień 2010

Zwykle rozmówcy patrzy się w oczy; tym razem patrzę w oko kamery. "Wyobraź sobie, że masz przed sobą tłum telewidzów. Wiszą na twoich ustach. Prowadzisz ich w nieznane…". Pierwsze pytanie, ale w montażu pytania będą wycięte. Najpierw mam mówić o tym, czy starożytni Grecy uważali, że Wszechświat jest wieczny, czy miał początek. Dychotomia: wieczny czy początek? Arystoteles uważał, że Wszechświat jest wieczny, ale już z Platonem sprawa nie jest tak jasna. Odwieczny jest chaos, ale dla Platona chaos to stan pośredni pomiędzy bezpostaciową materią a nicością. Bo naprawdę może istnieć tylko coś, co jest uporządkowane, co jest kosmosem, a nie chaosem. To właśnie Demiurg z chaosu wyprowadza Kosmos, pełen harmonii i symetrii Wszechświat.
Znajdujemy się w kaplicy Queens’ College. Ze średniowiecznego tryptyku patrzą na nas płaskie postacie świętych w złotych aureolach. Niezbyt to pasuje do greckiego Wszechświata, ale reżyserzy kochają umieszczać filmy o Kosmosie w sakralnych wnętrzach, zwłaszcza jeżeli wiadomo, że rozwój akcji prędzej czy później doprowadzi do problematyki "nauka a wiara". Ale nie licząc tryptyku i kilku zapalonych świec poustawianych na stalach, kaplica przypomina dziś bardziej kosmiczną stację niż gotyckie wnętrze. Film ma być w formacie 3-D i zwykła, poczciwa kamera rozrosła się do niemal monstrualnych rozmiarów, a w dodatku jest opakowana skomplikowanym układem statywów, ekranów, aparatów mierzących naświetlenie, nagłośnienie i poziom szumów. Wszystko to przypomina sztuczne dekoracje wnętrza pojazdów kosmicznych z pierwszych filmów o Kosmosie, ale teraz jest rzeczywistością, której trzeba stawić czoło. W środku wszystkich tych przyrządów mój rozmówca, wielkie oko kamery, tysiące telewidzów stopionych w jeden układ soczewek. W istocie jest to dwoje wlepionych we mnie oczu, bo film ma być przecież w optycznym stereo, ale drugi obiektyw jest umieszczony gdzieś poniżej i z pierwszym komunikuje się za pomocą układu luster.
Trzask starego drewnianego urządzenia zwiastuje nowy odcinek nagrania. Wracamy do dychotomii: wieczność czy początek? Dopiero Newton starał się nas przekonać, że istnieje jeden, absolutny czas, płynący od minus nieskończoności do plus nieskończoności. I że w pewnym momencie tego czasu Bóg powołał świat do istnienia. Przedtem nie było nic: pusty czas i pusta przestrzeń. Stworzenie równa się początek. Przed Newtonem tak nie było. Nie istniał jeden, absolutny czas. Św. Augustyn uważał, że czas został stworzony przez Boga razem z Wszechświatem, a więc Wszechświat istnieje tak długo, jak istnieje czas. Nie było pustego czasu. Św. Tomasz poszedł jeszcze dalej. Uważał, że stworzenie nie jest aktem jednorazowym tożsamym z początkiem, lecz relacją między światem a Bogiem, relacją polegającą na nieustannym dawaniu światu istnienia przez Boga. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, by relacja ta trwała od zawsze, od minus nieskończoności. A więc można sobie wyobrazić, bez popadania w sprzeczność, Wszechświat stwarzany przez Boga, ale nigdy nie mający początku.
Właśnie odezwały się dzwony i nagranie trzeba było przerwać. Czas sakralny niekiedy wdziera się w rzeczywistość. To mi uświadamia, że Cambridge jest dziwną mieszaniną dawnego czasu i współczesności. I to jest piękne, bo daje poczucie ciągłości. Izaak Newton, postać z podręcznika, ale tu jest bardziej obecny niż gdzie indziej. Kilka ulic dalej znajduje się Trinity College, w którym Newton spędził dużą część swojego życia i który do dziś spełnia tę samą funkcję co za czasów Newtona. Nieco dalej, na obrzeżach miasta (bo w centrum nie udało się wcisnąć nowego budynku pomiędzy stare college’e), znajduje się Instytut Nauk Matematycznych, noszący jego imię. I wcale swoją architekturą nie pretenduje do historyczności. Ma całkiem nowoczesny kształt (choć angielscy architekci nie są w tym najlepsi), a wewnątrz jest niezwykle funkcjonalny. I przede wszystkim robi się w nim naprawdę dobrą naukę. Przedtem Institute of Applied Mathematics (tak się wtedy nazywał) mieścił się w starej kamienicy (ale nie jakimś zabytku) przy Silver Street. Tam tworzyła się historia kosmologii i teorii względności.
Znowu stoi przede mną oko monstrualnej kamery. A jak przedstawiał się problem początku Wszechświata i jego wieczności w młodej kosmologii relatywistycznej? Einstein był przekonany, że Wszechświat jest wieczny; tak wówczas sądzili prawie wszyscy uczeni. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że mogłoby być inaczej. Wszechświat może być wieczny tylko wtedy, gdy jest statyczny, tzn. gdy nie zapada się lub nie rozdyma pod wpływem działających w nim sił. Ale równania Einsteina nie chciały wyprodukować statycznego rozwiązania, więc Einstein zmusił je do tego przez dodanie do nich nowego członu, który nazwał członem kosmologicznym. Potem długo bronił się przed uznaniem, że Wszechświat nie jest statyczny, lecz się rozszerza, że galaktyki uciekają od siebie z ustawicznie rosnącymi prędkościami. Dopiero gdy Edwin Hubble mierzył coraz więcej przesunięć ku czerwieni w widmach galaktyk, świadczących o prędkościach ich oddalania się, gdy Aleksander Friedman i Georges Lemaître znaleźli wiele rozwiązań równań Einsteina, przedstawiających rozszerzające się wszechświaty, Einstein musiał się poddać – uznał, że wszechświat nie jest statyczny, lecz "dynamiczny", jak sam to trafnie określił.
Stoję oparty o poręcz jednego z mostów na rzece Cam. Ciemna woda przepływa wolno, ale widać w niej ryby, jakby trochę zmatowiałe. Stadko dzikich kaczek dostojnie płynie pod prąd. Na moście, obok mnie, tłumek japońskich turystów. Strzelają aparaty fotograficzne. Kilka łódek zbliża się do mostu. W nich turyści wystawiają swoje ciała do słońca. Młody chłopak, student zapewne, odpycha długim drągiem łódkę od dna. Mówi coś do swoich klientów. Rzeka wije się wśród gotyckich college’ów. Też robię kilka zdjęć. Zatrzymać czas, uchwycić przemijanie. Zamknąć przepływający jak rzeka świat w kilku zamarłych w bezruchu obrazkach.
Wszechświat się rozszerza. Nie jest raz na zawsze ustalonym obrazem, lecz dynamicznym procesem. To rodzi nowe problemy. Jeżeli galaktyki od siebie uciekają, kiedyś musiały wszystkie być w jednym miejscu. Wszechświat "wybuchł", rozpoczął się proces jego ekspansji. A to przypomina stworzenie świata. Techniczny problem "początkowej osobliwości" nabrał wręcz teologicznych akcentów. Tego uczeni nie lubią, bo to świadczy o bezradności nauki, a metoda naukowa ma wpisane w swoje geny, że nigdy nie powinna się poddawać.
Einstein zasugerował wyjście z sytuacji. Początkowa osobliwość jest artefaktem, ubocznym produktem nadmiernie upraszczających założeń, przyjętych w trakcie konstruowania modelu kosmologicznego. Myśl Einsteina przyjęła się i przez długi czas była powszechnie uznawanym poglądem.
Opowiadam to do oka kamery, ale gdzieś na obrzeżach pola widzenia majaczy mi się Cambridge sprzed wielu lat. Ciasny korytarz w Instytucie na Silver Street. Na ścianach tablice z gęsto poprzypinanymi ogłoszeniami: zjazdy, seminaria, rozkłady wykładów, oferty zatrudnienia… Sekretarka prowadzi mnie do gabinetu, w którym przez kilka dni pobytu w Cambridge będę miał swoje biurko. W pokoju jest jeszcze drugie biurko, zajmuje je Stephen Hawking. Już wtedy na krześle inwalidzkim. Mówi bardzo niewyraźnie, z trudem mogę się z nim porozumieć. Hawking robił właśnie korektę swojej książki, napisanej wspólnie z George’em Ellisem, pt. "The Large Scale Structure of Space-Time" (wtedy w odbitkach szczotkowych nosiła inny tytuł). Gdy Stephen znalazł błąd, z trudem robił na marginesie rozmazany znak; potem zapewne Ellis nanosił odpowiednią poprawkę. Byłem świadkiem ważnego wydarzenia: rodziła się książka, która zamknęła pewien okres w historii kosmologii.
Pierwsze twierdzenie o istnieniu osobliwości w kolapsie grawitacyjnym udowodnił Roger Penrose w 1965 r. Dowód twierdzenia był bodaj ważniejszy niż jego treść (gdyż wprowadzał nowe metody matematyczne), ale i treść była doniosła. Penrose udowodnił, że istnienie osobliwości w grawitacyjnym zapadaniu się gwiazdy nie zależy od upraszczających założeń. Nowa metoda dowodzenia okazała się bardzo płodna. Wkrótce Stephen Hawking przy jej pomocy rozszerzył wniosek Penrose’a na pewną klasę modeli kosmologicznych. Potem posypały się inne twierdzenia. Nowej metodzie trzeba było dać solidne podstawy. Zrobili to Hawking i Ellis w swojej monografii. Do dziś jest ona klasyczną pozycją. Przesłanie twierdzeń o istnieniu osobliwości jest jednoznaczne. Osobliwości nie da się usunąć z kosmologii żadnymi dotychczas stosowanymi sposobami. Wynika ona z głębokiej natury grawitacji i geometrii czasoprzestrzeni. A więc: czy Wszechświat miał początek?
Gdy wszystko szło gładko, gdy nie trzeba było wymieniać baterii lub przerywać nagrania, bo właśnie samolot przeleciał nad nami, członkowie zespołu nagrywającego – z wyjątkiem tych, co czuwali przy monitorach – siedzieli w stallach kaplicy Queens’ College i słuchali. Kosmos zawsze budzi zainteresowanie, a gdy próbuje się w miarę przystępnym językiem opowiadać coś więcej niż tylko powierzchowne banały, zainteresowanie może wzrosnąć do autentycznego napięcia. Mówiłem więc coraz bardziej do tych postaci w tle niż do martwej kamery. Tylko prowadząca nagranie od czasu do czasu wskazywała palcem oko kamery, przypominając mi, że muszę jednak mówić "do milionów".
Czy twierdzenia Penrose’a i Hawkinga zamknęły problem? Jeden zamknęły, ale otworzyły szereg innych. Wiadomo już dziś, że w klasycznej teorii grawitacji osobliwości nie są czymś wyjątkowym, lecz zwyczajnym. Ale w bardzo silnych polach grawitacyjnych muszą ujawnić się kwantowe własności grawitacji i któryś z warunków twierdzeń o osobliwościach może zostać złamany. To otwiera puszkę Pandory. Jak znaleźć właściwą teorię kwantowej grawitacji? Jaki będzie w niej los osobliwości? Czy dzisiejsze narzędzia matematyczne podołają wyzwaniu znalezienia fundamentalnej teorii fizycznej? To nowa era badań kosmologicznych. Monografia Hawkinga i Ellisa jest już lekko przykurzoną pozycją w mojej bibliotece.
Nagranie postępuje zgodnie ze swoją logiką: superstruny, inflacja, wszechświaty równoległe. Dryfujemy w stronę granicy metody empirycznej. Słońce zajrzało przez witraże kaplicy. Trzeba zmienić oświetlenie, poprzestawiać ekrany. Chwila oddechu i dalej. Nieuniknione pytania metafizyczne. Dlaczego istnieje raczej coś niż nic? Czy można racjonalnie uzasadnić konieczność bycia racjonalnym? Miejsce człowieka we Wszechświecie…
Wyobraźmy sobie, że mamy superokulary, cud nowoczesnej technologii. Możemy przez te superokulary obserwować świat protonów, elektronów, neutrin i kwarków. Widzimy superpozycję stanów i redukcję pakietu falowego… Ale okulary mają jedną techniczną wadę: wszystko widzą na czerwono. Korzystamy z nich, bo dzięki nim postęp w badaniach jest ogromny. Po jakimś czasie mimo woli nabieramy przekonania, że świat subatomowy jest czerwony. Przestajemy myśleć o tym, że sami tak właśnie skonstruowaliśmy nasze superokulary.
W ciągu wieków wypracowaliśmy matematyczno-empiryczną metodę badania świata. Jest ona niezwykle skuteczna, ale za pewną cenę. Nie dostrzega wszystkiego. Pewne rzeczy są dla niej przezroczyste. Nasze superokulary wygaszają niektóre obrazy.
Gdy zdejmują mi makijaż, jestem trochę zmęczony. Siadam na trawie pod drzewem z puszką dietetycznej koli w ręku. Orgia kwiatów wijących się po murze wewnętrznego dziedzińca Queens’ College.
Zbliża się do mnie jeden z techników zespołu. Chce dalej drążyć tematy, o których się nasłuchał.?

Lipiec 2010
Postscriptum

Z przykrością czytam dziś popularne książki Stephena Hawkinga i słucham jego wywiadów. Po opublikowaniu każdej takiej książki lub jego bardziej rozreklamowanej wypowiedzi dziennikarze zadają mi dziesiątki zawsze tych samych pytań. Hawking od dawna miał tendencję do trzymania się sprawdzonych metod. Wolał stosować półklasyczne, ale skuteczne rachunki, niż poszukiwać abstrakcyjnych metod i rewolucyjnych teorii, które rozwiązywałyby wszystko za jednym zamachem. Nie znaczy to, że nie miał wyobraźni; przeciwnie – trzeba mieć ogromną wyobraźnię, by w starych metodach dostrzec nowe możliwości.
Z czasem Hawking radykalizował swoje poglądy. W pracach naukowych nadal błyszczał swoim matematycznym kunsztem, ale w popularnych wypowiedziach wygłaszał hasła coraz bardziej w starym, pozytywistycznym stylu. Teraz wydał książkę "The Grand Design" (z Leonardem Mlodinowem jako współautorem), którą na razie znam tylko z internetowych streszczeń. Fizyka wszystko tłumaczy. Wszechświat mógł stworzyć sam siebie na mocy kwantowych praw. Jakiekolwiek inne spekulacje są zbyteczną metafizyką. Można nie zadawać pewnych pytań, ale to nie znaczy, że w ten sposób problem został zlikwidowany. Czy Hawking zdaje sobie sprawę z tego, że patrzy na świat przez czerwone okulary?