„Dobre było”: Stawrowski o życiu i dziele Tischnera

Strona główna/Bez kategorii/„Dobre było”: Stawrowski o życiu i dziele Tischnera

„Dobre było”: Stawrowski o życiu i dziele Tischnera

Esej zatytułowany „Dobre było” ukazał się po raz pierwszy w miesięczniku „Znak” w 2002 roku jako recenzja książki Wojciecha Bonowicza „Tischner”. Jest to zarazem osobista wypowiedź autora o tym, jak postrzega on znaczenie Tischnera w polskim życiu religijnym i intelektualnym. Esej wszedł do najnowszej książki Stawrowskiego „Solidarność znaczy więź”, która ukazała się właśnie nakładem Instytutu Myśli Józefa Tischnera.

Ksiądz Józef Tischner należał z pewnością do tych nielicznych postaci, których głos w III RP był najpilniej słuchany. Choć jako kapelan Solidarności i twórca jej etyki stał się osobą szerzej znaną już w latach 1980–1981, to jednak dopiero po roku 1989 jego obecność w życiu publicznym przyniosła mu ogromną wręcz popularność. Tischner okazał się osobą nadzwyczaj „medialną”. Niezwykła umiejętność formułowania jasnych i prostych myśli o sprawach głębokich i skomplikowanych oraz ujmujący życzliwością sposób rozmowy, okraszony góralskimi dowcipami i sporą dozą autoironii, podbiły serca telewidzów i radiosłuchaczy. To, czy podbiły również ich umysły, czy poza hasłami takimi jak „homo sovieticus”, lub powiedzeniami: „nie spotkałem nikogo, kto stracił wiarę po przeczytaniu Marksa i Lenina, natomiast wielu straciło ją po spotkaniu z własnym proboszczem”, coś z jego myśli na trwale wpisało się w świadomości przeciętnego Polaka, jest już sprawą bardziej wątpliwą. Pogłębioną szkołę Tischnerowskiego myślenia mogli przejść raczej ci, którzy zdobyli się na uważną lekturę jego artykułów i książek. I jedni, i drudzy, jednym słowem wszyscy zaintrygowani osobą ks. Tischnera, otrzymali wspaniały prezent: biografię spisaną przez Wojciecha Bonowicza – przejmujący wizerunek myśliciela, duszpasterza, człowieka z krwi i kości.
To bardzo piękna książka. Piękna i prawdziwa, bo wzięła się ze słuchania. Autor, choć pisał ją pospiesznie, by zaspokoić niecierpliwe oczekiwanie czytelników, nie poddał się pokusie powierzchownych syntez i przedwczesnych interpretacji. W takim stopniu, w jakim było to możliwe, ograniczył się do zebrania oraz przedstawienia zachowanych świadectw: z jednej strony tekstów i relacji samego ks. Tischnera, z drugiej zaś – wspomnień ludzi, którzy na różnych etapach jego życia, w różnych miejscach, w różnych sytuacjach i rolach, spotkali go na swej drodze. Książka Bonowicza jest opowieścią wielowątkową, utkaną z niezliczonych opowieści, które odsłaniają jakiś autentyczny rys głównego bohatera. Przy czym o kunszcie autora świadczy to, że jego samego w tym dziele nieomal nie widać, jakby jedynie patrzył, słuchał i zapisywał… Ale to tylko pozór. Uporządkowanie przedstawionych relacji, wybór i pogłębianie wątków, poszukiwanie tropów rzucających snop światła na najważniejsze intelektualne i życiowe decyzje ks. Tischnera, odważne podejmowanie tego wszystkiego, co w jego działalności budziło kontrowersje, a także, zaznaczone zresztą z ogromną delikatnością, fragmenty, w których odsłania się tajemnica najbardziej intymnych doświadczeń – to wszystko przypomina nie tylko o ogromie pracy, jaką wykonał autor, lecz również o jego ludzkiej, intelektualnej i literackiej klasie. Muszę wyznać, że dla mnie biografia Józefa Tischnera okazała się taka, jakim był sam Tischner – pełna ciepła, humoru, ale także dramatycznej głębi. Tym, którzy znali Tischnera jedynie z mediów, książka daje szansę, by poznali go niemal osobiście. Bliskim pozwala spotkać się z nim jeszcze raz. Jest utrwalonym echem wyśpiewanej do końca pieśni, pieśni – by przypomnieć po wielokroć przywoływaną przez Tischnera metaforę z wiersza Rilkego – którą jest człowiek.

 

Kiedy wybrzmiała już pieśń, a jej początek połączył się z końcem, w sposób naturalny spoglądamy na jej kolejne frazy z perspektywy całości. Niosąc w pamięci najważniejsze i najmocniejsze akordy życia ks. Tischnera, wypatrujemy ich śladów, odkrywamy ich źródła. Źródła zarówno związane z otoczeniem, w którym wyrastał: z rodziną, z życiem góralskiej wsi, z napotkanymi ludźmi, z których każdy na swój sposób stawał się dla niego nauczycielem, a czasem i mistrzem, jak i te bijące z wnętrza jego osobistego charakteru. Zapewne każdy z czytelników biografii Tischnera odnajdzie w niej coś innego, każdy ma bowiem własną historię i własną wrażliwość. Nic na to nie poradzę, że w uciekającym z lekcji religii upartym Józiu doszukiwałem się rysów „księdza na manowcach”, że czytając zapis z jego dziennika, jaką to wielką radość przyniosła mu rola krasnala Dobromila odegrana w szkolnym przedstawieniu, myślałem o dziecięcych intuicjach, które kiedyś przyjmą postać „Ja
agatologicznego” i filozofii dobra. Ale te pierwsze, zrazu niejasne znaki przyszłości stopniowo jawią się coraz wyraźniej, by wreszcie – stając się świadomie podjętym wyborem – zamienić się w kamienie milowe wytyczające kierunek jego drogi.
Pierwszym fundamentalnym wyborem była decyzja o wstąpieniu do seminarium. „Moje powołanie – pisał później Tischner – jest aksjologiczne, jest próbą wyboru wartości”. Możemy się tylko domyślać, jakie wartości znajdowały się u podstaw takiego wyboru oraz co spowodowało, że osiemnastoletni Józek właśnie życie księdza uznał i wybrał za szczególnie dobre, sensowne i sobie przeznaczone. Był rok 1949, władza rozbiła ostatnie gniazda oporu, w tym oddział „Ognia”, legendy Podhala i podhalańskiej młodzieży – zaczynała się długa komunistyczna noc. Dla młodych, pełnych energii i ideałów ludzi, kuszonych perspektywą kariery w mrocznym, zakłamanym świecie, dla którego, jak się wówczas wydawało, nie ma alternatywy, Kościół pozostawał ostatnią enklawą prawdy i wolności. „W tym czasie – powie po latach Tischner – żeby filozofować w sposób wolny, trzeba było, paradoksalnie, zostać księdzem”. Z licealnej klasy Józka, którą opiekował się mądry katecheta ks. Włodzimierz Pilchowski, ośmiu chłopaków trafiło do seminarium, sześciu zostało księżmi.
O tym, jak wygląda życie kapłana, świeżo upieczeni klerycy wiedzą mniej więcej tyle, ile narzeczeni o małżeństwie. Do każdego powołania trzeba dorastać, trzeba się zmagać z tym, o czym w momencie decyzji miało się niewielkie pojęcie. Choćby z problemem samotności: „gdy idzie się do seminarium, nie ma się jeszcze pełnej świadomości domu. A celibat to jest przede wszystkim problem posiadania domu. Dopiero później odkrywamy, że my, księża, jesteśmy ludźmi bezdomnymi. Jak ptaki przelotne”. Aby przyjąć i unieść przyszłe wyzwania – najpierw dolegliwości seminaryjnej „szkoły janczarów”, potem trudy samotnego życia dla innych – trzeba fundamentu jak skała. Tischner zapamiętał na całe życie słowa swojego kolegi z seminarium, dawnego żołnierza z oddziału „Ognia”: „Kościół to jedyne miejsce, gdzie ludzie się nie zdradzają”. To w seminarium ukształtowała się jego wizja Kościoła – wspólnoty budowanej na zaufaniu – oraz rozumienie własnego powołania jako
świadectwa wierności: wierności wobec Boga, wobec powierzonych sobie ludzi, wobec własnych wyborów oraz podjętej przez siebie odpowiedzialności.
W dojrzewaniu do kapłaństwa pomogło Tischnerowi spotkanie z ks. Janem Pietraszką, który stał się dla niego prawdziwym mistrzem ewangelicznego myślenia. Szczególnie zapadło mu w sercu jedno z kazań Pietraszki, zakończone słowami: „Będą wam zarzucać, że idziecie za daleko do ludzi albo za daleko do Boga. Nie bójcie się, Chrystusowi też to zarzucano.
Od tego jesteście, żeby iść za daleko”. Później, również dzięki Pietraszce, zrozumie, że zarówno kazania, jak i cała praca duszpasterska, to przede wszystkim budowanie w drugim człowieku dobra: „Pojąłem, że moim zadaniem nie jest udowodnienie swojej racji, ale takie postępowanie, żeby słuchacz chciał przyjść do kościoła drugi raz. Żeby mógł się poczuć moją racją odbudowany. To było najważniejsze wydarzenie w dziejach mojego kaznodziejstwa”. Kiedy w latach dziewięćdziesiątych Tischner żartował: „Najpierw czuję się człowiekiem, potem filozofem, a dopiero na trzecim miejscu księdzem”, wielu ludzi Kościoła traktowało te słowa zbyt poważnie i nie kryło swego oburzenia. W rzeczywistości ich autor nigdy nie przestawał być pasterzem i przewodnikiem zagubionych dusz oraz nie tracił z oczu tego, że filozoficzne rozważania, odsłaniające prawdę o ludzkiej kondycji, nie są jedynie teorią, lecz również drogą ratowania człowieka i przywracaniu mu nadziei. Tischner całym sobą – także jako filozof – wiernie realizował swoje kapłańskie powołanie, a praca duszpasterska nieustannie stanowiła jego pierwsze i podstawowe pole odpowiedzialności, choć owo pole, przeorywane filozoficzną refleksją, z biegiem czasu pogłębiało się i poszerzało.
Trudno określić, kiedy ostatecznie zapadła druga zasadnicza decyzja Tischnera – wybór drogi filozofa. Pierwszy, licealny jeszcze kontakt z tekstami filozoficznymi wiązał się z okresem rozterek światopoglądowych. Nałożyło się na nie zderzenie z powojenną rzeczywistością. Chociaż, podobnie jak wielu jego rówieśników, jasno dostrzegał, że wraz z nową władzą nastała jedynie nowa forma okupacji, to jednocześnie czuł się intelektualnie bezradny wobec ideologii marksistowskiej i sideł propagandowych pojęć. Dzięki lekturom artykułów ks. Jana Piwowarczyka, publikowanych wówczas w „Tygodniku Powszechnym”, Tischner po raz pierwszy zobaczył, że panującej ideologii można się jednak sensownie przeciwstawić. Później, w czasie studiów seminaryjnych, wybrał na swojego opiekuna

 

naukowego ks. Kazimierza Kłósaka, który również otwarcie krytykował marksizm, kwestionując – z pozycji bliskich pozytywistom – jego status teorii naukowej. Ale polemika z marksizmem wymagała wówczas nie tylko intelektualnej sprawności i wiedzy. Ci, którzy się na nią potrafili zdobyć, okazywali zarazem nie byle jaką odwagę. Kto wie, może to właśnie ich odwaga porwała młodego Józka i zachęciła go do pójścia podobną drogą? Może filozofia, która tak często rodzi się z podziwu, w jego przypadku narodziła się z podziwu wobec ludzi odważnych?
Kwestia odwagi odgrywała bowiem w życiu Józefa Tischnera kluczową rolę. Jako kilkunastoletni chłopak niósł w sobie kompleks niedoszłego partyzanta: jego niewiele starsi koledzy walczyli i narażali się na śmierć, a on mógł im tylko zazdrościć, że ominęła go próba męstwa. Wiele lat później wyrazi swoje doświadczenie, przywołując myśl Hegla: „żeby być wolnym, trzeba zaryzykować życiem”. Chodziło więc o wolność – odwaga to tylko pierwszy znak ludzkiej wolności. Dlatego też ludzie dzielni, którzy nie wahali się narażać głów, dając tym samym czytelne świadectwo swojej wolności, niezmiennie fascynowali Tischnera i budzili jego elementarne zaufanie. Dzięki swej odwadze mieli specjalną przepustkę do jego serca, to ich najczęściej obdarzał głęboką przyjaźnią.
Z drugiej strony, już od swej młodości wiedział dobrze – to także lekcja historii oddziału „Ognia” – że odwaga musi być mądra, inaczej zamienia się w ślepą brawurę i bezsensowne prowokowanie klęski. Pierwsze kontakty z filozofią obiecywały wiele, odsłaniały świat pełen sensu, w którym było miejsce i na wolność, i na męstwo, choćby tylko w wymiarze myślenia. Dzięki filozoficznym lekturom krok po kroku podążał śladami ludzi, dla których „chodzenie za daleko” było czymś zwyczajnym i oczywistym. U kilku z nich, między innymi u swych późniejszych, uniwersyteckich mistrzów: Romana Ingardena i Izydory Dąmbskiej, nauczył się i tego, że ludzie naprawdę myślący i tym samym wewnętrznie wolni, potrafią o swej wolności świadczyć również w życiu publicznym.
Początki filozoficznej drogi Tischnera wcale nie były łatwe. Po święceniach w 1955 roku za wstawiennictwem ks. Kłósaka otrzymał zgodę na studia magisterskie w warszawskiej Akademii Teologii Katolickiej. Ukończył je jednak dopiero w 1959 roku na Uniwersytecie Jagiellońskim. Tam też, pełniąc równocześnie normalne obowiązki duszpasterskie przy parafii na krakowskich Grzegórzkach, pod kierunkiem Ingardena przygotował doktorat poświęcony koncepcji „Ja transcendentalnego” u Edmunda Husserla, który obronił w 1963 roku. Z tych lat pochodzą jego pierwsze, niezbyt udane próby filozoficznych publikacji w „Znaku” i „Tygodniku Powszechnym”. Teksty zostały odrzucone ze względu na język – „niezwykle trudny i zawiły”. Dopiero po roku 1965 styl pisania Tischnera stał się na tyle przejrzysty, by autor mógł regularnie gościć na łamach owych czasopism.
O ile lata sześćdziesiąte były czasem intensywnej pracy i intelektualnego dojrzewania, o tyle wraz z rokiem 1970 rozpoczyna się okres twórczej i samodzielnej działalności Tischnera. I to rozpoczyna się mocnym uderzeniem. Dwa teksty, które opublikował wówczas w „Znaku”, stanowiły sygnał, że w polskim życiu intelektualnym pojawiła się ważna postać. W artykule zatytułowanym „Impresje aksjologiczne” Tischner przedstawił opis źródłowego doświadczenia „Ja” jako elementarnej wartości, przeciwstawiając się Husserlowskiej koncepcji „Ja transcendentalnego”. W ten sposób, pozostając w ramach tradycji fenomenologicznej, zaczął wytaczać własną, oryginalną ścieżkę filozoficznej refleksji, która doprowadzi go do filozofii dramatu i metafizyki dobra. Od polemiki z Husserlem rozpoczynają się również jego zmagania z gigantami współczesnego myślenia. Później przyjdzie czas na Heideggera, jeszcze później na Lévinasa, z których dorobku będzie obficie czerpał, ale jednocześnie spróbuje ich myśl przezwyciężyć i przekroczyć. Niezależnie od całościowej oceny Tischnerowskiego przedsięwzięcia, jedno jest pewne: nie ma wśród polskich filozofów nikogo, kto by z taką śmiałością wdarł się w samo centrum filozoficznych sporów. Chociaż Tischner – jak sam przekornie mówił – postanowił „być ciasnym i tępym filozofem Sarmatów”, wybór ten wcale nie znaczył, że lękał się on wyjść w świat poza nasz intelektualny zaścianek. Po szkole Ingardena, po dogłębnych studiach nad Husserlem, z pewnością nie miał wobec zagranicznej nadprodukcji filozoficznej żadnych kompleksów. Podczas jednej z konferencji na zarzut, że czegoś nie przeczytał, odparł z uśmiechem, że poniżej Hegla nie czytuje, bo mu szkoda czasu.
Opublikowanie drugiego artykułu było jeśli nie ważniejsze, to z pewnością znacznie trudniejsze, bo wymagające sporej odwagi. Chodzi oczywiście o „Schyłek chrześcijaństwa tomistycznego”, który to tekst Bohdan Cywiński nie bez racji określił jako „Józkowe tezy wittemberskie”. Filozoficznie rzecz biorąc, teza artykułu nie była ani specjalnie bulwersująca, ani zaskakująca. Aksjologiczne stanowisko Tischnera przeniesione na płaszczyznę metafizyki w oczywisty sposób musiało prowadzić do radykalnego zakwestionowania tomistycznej filozofii bytu. Ale sprawa dotyczyła czegoś o wiele poważniejszego, nie chodziło w niej jedynie o teoretyczny spór między różnymi szkołami filozoficznymi. Swoim tekstem Tischner – to było jego: „tu stoję i nie mogę inaczej” – otwarcie stawiał sprawę reformy obszaru, który uważał za swój podstawowy krąg odpowiedzialności, obszaru duszpasterskiej misji Kościoła. Wskazywał, że tomizm, postrzegany jako oficjalna filozofia katolicka, usiłując zamknąć chrześcijańskie przesłanie w systemie wiedzy, ideologizuje wiarę i zasłania Objawienie. Z błędów teorii wynikała praktyka: bezradność, a czasem wręcz nieczułość wobec problemów zagubionych ludzi szukających w Kościele Dobrej Nowiny. „Z tomistycznego punktu widzenia – pisał po latach Tischner, komentując swój tekst – samobójcy nie wolno było urządzić katolickiego pogrzebu, bo przed śmiercią nie wykazywał oznak skruchy. W tomizmie nie ma pojęcia autentyzmu – pomija on fakt, że świadomość ludzka może być zakłamana, iluzoryczna. Podobna trudność była ze spowiedzią, z przepisem: «wymagać oznak skruchy». Tomizm nie bardzo wie, czym jest nawrócenie. Traktuje je jako zastąpienie jednego poglądu drugim, a nie jako głęboką przemianę osobowości”. Jeśli pamiętamy, że wszyscy ówcześni polscy księża i biskupi byli uformowani przez tomizm, tekst wieszczący kres tomistycznego chrześcijaństwa musiał oznaczać włożenie kija w mrowisko. Reakcja na Tischnerowskie tezy nie przekroczyła jednak obszaru merytorycznej dyskusji, w czym duża zasługa kardynała Karola Wojtyły. Mimo poważnych zastrzeżeń zgłaszanych przez oponentów Tischnera, włos mu z głowy nie spadł, choć nawet z Rzymu przychodziły zapytania o jego ortodoksję.

 

Od czasu sporu z tomizmem nie było chyba w polskim Kościele żadnej istotnej debaty, w której Tischner nie brałby udziału. Wiele z nich zresztą sam inicjował. Czasem bywał wręcz „głosem wołającym na puszczy”, jak choćby wtedy, gdy w chwili powszechnego entuzjazmu po wyborze Jana Pawła II przejmująco ostrzegał, że jeśli pozostaniemy na poziomie emocji i nie podejmiemy rzetelnej pracy myśli, to także osoba Papieża może stać się dla nas opium, którym będziemy się odurzać, trwając w drzemce etycznego samozadowolenia. Wszyscy dobrze pamiętamy, jak w latach dziewięćdziesiątych Tischner nieustannie budził nas z owej drzemki, jak w czasie nowych wyzwań uczył ludzi Kościoła, że wiara potrzebuje namysłu. W niepodległej Polsce całe jego pisarstwo i cała działalność publiczna stały się w gruncie rzeczy jednym wielkim, dogłębnie przemyślanym programem duszpasterskim – programem na czas wolności. Przede wszystkim Tischner usiłował oczyścić nasze pojęcie chrześcijaństwa ze złudzeń i fałszywych nadziei, szczególnie mocno piętnując bezmyślność, która tak ochoczo przemieniała religię miłości w szukającą wrogów ideologię polityczną. Co więcej, sam próbował przerzucać mosty do tych, którzy zbliżywszy się do Kościoła w czasach komunistycznych, czuli się teraz od niego odpychani. Tischner, jako jeden z nielicznych, odważył się „pójść za daleko”, do tych „odrzuconych”, bo również w nich dostrzegał „dzieci Kościoła”, które – jak wszyscy ludzie dobrej woli – czekają na Dobrą, a nie na złą Nowinę. Ciągnęły go do nich nie tyle poglądy polityczne – choć wiele z nich faktycznie podzielał – ile szeroka wizja kościelnej wspólnoty i duszpasterska troska.
Tym, którzy pamiętają Tischnera głównie jako osobę publiczną, warto przypomnieć, że uczyniło go nią przede wszystkim odpowiedzialnie rozumiane duszpasterstwo. Jako filozof dobrze wiedział, co naprawdę oznacza przyjęte zobowiązanie i nie bez powodu do jego ulubionych tekstów należały Lévinasowskie analizy doświadczenia odpowiedzialności, które prowadzi najdalej, jak tylko możliwe – do całkowitego daru z siebie, do postawy zakładnika. Kiedy Tischner podejmował się już czegoś, czynił to całym sobą i do końca. Tak było ze Związkiem Podhalan: wybrany na jego kapelana, zaczął od Mszy pod Turbaczem, by dojść do programu „skrystalizowania idei góralszczyzny”. Tak było przede wszystkim z Solidarnością: poproszony w październiku 1980 roku o wygłoszenie w wawelskiej katedrze kazania na mszy z udziałem przywódców związku, odkrył w sobie nowe pole odpowiedzialności i odtąd już stale, po lata dziewięćdziesiąte, troszczył się o jakość myślenia „etycznej wspólnoty ludzi dobrej woli”. Tischner pozostawał wierny swoim podstawowym wyborom i nie bał się podążać za nimi w nieznane, zwłaszcza gdy wiązały się one z odpowiedzialnością za konkretnych ludzi oraz za wspólnoty, z których wyrastał i z którymi czuł się głęboko związany.
Poprzeczka, którą Tischner ustawił sam sobie, znajdowała się niezwykle wysoko. Tak wysoko, że czasem sam do niej nie sięgał. Te chwile słabości musiały być szczególnie dotkliwe dla kogoś, kto – jak on – tak wiele mówił innym o odwadze, wierności, radykalizmie myślenia i działania. Jedno z najbardziej dramatycznych wydarzeń opisanych w książce Bonowicza miało miejsce niedługo po wprowadzeniu stanu wojennego. Tischner, przesłuchiwany przez esbeków, wprawdzie odmówił podpisania „lojalki”, w której wyrzekałby się kontaktów z Solidarnością, ale zamiast tego sam, z własnej woli, napisał i podpisał, że jego zaangażowanie miało i nadal będzie mieć charakter wyłącznie duszpasterski. Była to, z jednej strony, oczywista prawda, z drugiej jednak zwyciężył w nim lęk, który nie pozwolił mu jednoznacznie odmówić wszelkich pertraktacji z przesłuchującymi go funkcjonariuszami. Tischner nie próbował oszukiwać sam siebie i tłumić w sobie poczucia zdrady. „Można by to porównać – wspominał po latach – do >>Upadku<< Camusa, a może też trochę do tego, co wydarzyło się na dziedzińcu, kiedy przy ognisku Piotr powiedział: >>Nie znam<<. Pozornie nic takiego się nie stało, ale mimo wszystko ten mój podpis – wszystko jedno, na jakim tekście złożony – był dla mnie wstrząsem. Chyba wtedy po raz pierwszy tak wyraźnie zobaczyłem w sobie to, co potem nazwałem homo sovieticus. […] Myślę nawet, że gdybym wtedy zachował się bardziej radykalnie, byłbym mniej szczery. Miałem […] ten mrok w duszy i wiedziałem, że jest on nie do rozjaśnienia, bo jest to coś, co się ma, co się do końca życia niesie, jako własną samowiedzę sprawiającą, że człowiek zachowuje bardziej trzeźwy stosunek do samego siebie, kiedy później za bardzo go chwalą albo przysypują nagrodami”. Tischner, jak widać, również samego siebie potrafił poddać wnikliwej analizie fenomenologicznej. Czytając to przejmujące świadectwo przyznania się do własnych lęków, warto jednak pamiętać, że nie znał on wówczas – tak jak i my dziś nadal nie znamy – stopnia rzeczywistego zagrożenia. Kto wie, może ten podpis uratował mu życie? Jest bowiem faktem, że jego nazwisko znajdowało się na esbeckiej liście kilku najbardziej niebezpiecznych księży, a jeden z jego częstych ówczesnych „rozmówców” zasiadł później na ławie oskarżonych w procesie zabójców ks. Popiełuszki.
Ostatnie lata życia ks. Józefa Tischnera to zmagania z chorobą, a równocześnie okres intensywnej pracy pisarskiej. Z wnętrza najgłębszych osobistych doświadczeń, wspomaganych lekturą tekstów Hansa Urs von Balthasara, udało mu się osiągnąć oraz wyrazić słowem najgłębszy wymiar heroizmu myśli i wiary, gdy człowiek, mimo grzechu, słabości i cierpienia, staje się pieśnią głoszącą „chwałę na wysokości Bogu”. W tym „hymnie wdzięczności” zebrał Tischner całe swoje życie, a jego poszczególne akordy – także i te, które brzmiały ongiś jak dysonans – znalazłszy rozwiązanie, ułożyły się w jedną harmonijną całość: „Na końcu naszego rozumienia świata, rozumienia dramatów ludzkich, a także własnego dramatu, patrzysz na samego siebie, widzisz, coś przeżył, coś przecierpiał, ile rzeczy przegrałeś, widzisz to wszystko, coś wygrał, i nagle – może pod koniec życia – oświeca cię ta świadomość, że >>dobre było<<… Może właśnie o to naprawdę chodzi, może jesteśmy na tym świecie po to, żeby na końcu powtórzyć najpiękniejsze słowa, jakie Pan Bóg wypowiedział w dniu naszego stworzenia: >>Dobre było<<. I niech tak zostanie”.

Czerwiec 2002 r.

2010-10-25T15:15:00+00:00 25 października 2010|Bez kategorii|