Bp Grzegorz Ryś o doświadczeniu wiary

Strona główna/Bez kategorii/Bp Grzegorz Ryś o doświadczeniu wiary

Bp Grzegorz Ryś o doświadczeniu wiary

„Czy ksiądz biskup rozmawiał z rodzicami o swojej wierze?”, pyta o. Roman Bielecki, naczelny „W drodze” (nr 5/2014). „Mam wrażenie”, odpowiada bp Grzegorz Ryś, „że teraz zdecydowanie częściej rozmawiamy niż kiedyś i to rodzice stawiają mi pytania, bo w końcu mogą zapytać biskupa. Ale odkąd pamiętam, chciałem mieć taką wiarę jak oni”. Publikujemy fragment tej interesującej rozmowy.

ROMAN BIELECKI OP: Czy ksiądz biskup rozmawiał z rodzicami o swojej wierze?

BP GRZEGORZ RYŚ: Nie pamiętam. Mam jednak wrażenie, że teraz zdecydowanie częściej rozmawiamy niż kiedyś i to rodzice stawiają mi pytania, bo w końcu mogą zapytać biskupa. Ale odkąd pamiętam, chciałem mieć taką wiarę jak oni. Nie wynikało to z tego, o czym mówili, ale z ich sposobu życia, myślenia i działania.

Pytam o to, bo wszyscy wiemy, że jesteśmy wezwani do dawania świadectwa o wierze i każdy wierzący powinien być świadkiem Chrystusa. Tyle tylko, że w rzeczywistości jest to trudne i mamy z tym kłopot.

Nie myliłbym rozmowy o wierze z wykładem akademickim, do którego trzeba dużo wiedzy. Ewangelizować to znaczy przekazywać wiarę. Inaczej można byłoby odnieść wrażenie, że jeśli porozmawiałbym z młodym człowiekiem, wszystko mu wytłumaczył i zrobiłbym to dobrze, dlatego że się tego nauczyłem, to on musiałby automatycznie stać się człowiekiem wierzącym. A to nieprawda. Zdarza się przecież, że szkolne konkursy wiedzy religijnej wygrywają osoby niewierzące, obdarzone świetną pamięcią i umiejące wykuć na blachę zadany materiał.
Świadoma wiara zaczyna się w momencie spotkania człowieka z osobą Jezusa Chrystusa. To znaczy, że człowiek musi zadać sobie pytanie: Kim On jest dla mnie? Żeby sobie na nie odpowiedzieć, nie potrzeba dużej wiedzy. Chodzi raczej o pokazanie, że ja żyję tym spotkaniem, że ono jest dla mnie istotne, bo określa i definiuje mój sposób funkcjonowania w świecie.

Ale to może nie wystarczyć. Znam rodziców, którzy na tyle, na ile potrafili, przekazywali dziecku wiarę, posyłali je na religię, chodzili z nim do kościoła, zadbali o to, by przyjęło sakramenty. W pewnym momencie zorientowali się jednak, że to, co w ich mniemaniu było ważne, dla ich dziecka jest nieważne.

I kiedy przychodzą z takim pytaniem do księdza, to trzeba im powiedzieć, że to nie ich wina. Wiara jest doświadczeniem osobistym. Przeżywanym we wspólnocie, ale osobistym.
Jest z nią trochę jak z miłością. Rodzice mogą wychowywać swoje dzieci do miłości i pokazywać, na czym ona polega, ale nie mogą ich zmusić, żeby w przyszłości kogoś pokochały. To się musi wydarzyć. Człowiek przygotowuje się do małżeństwa, żyjąc w konkretnej rodzinie. Z wiarą jest podobnie. Rodzice mogą pokazać, co to jest wiara, co ona dla nich znaczy, mogą lepiej lub gorzej katechizować, ale wiara zaczyna się w chwili, kiedy człowiek próbuje sam stanąć przed Jezusem twarzą w twarz. To jest wydarzenie. Sama teoria niczego nie załatwia.
Nasz największy problem polega właśnie na tym, że zbyt często sprowadzamy ją do katechezy, nie dając doświadczenia Pana Boga i nie otwierając katechizowanych na takie doświadczenie. Chodzi mi nie tylko o rodziców, ale przede wszystkim o nas, którzy niejako zawodowo prowadzimy ludzi do wiary.
Ale żeby tak uczyć, najpierw trzeba to doświadczenie mieć w sobie. Wtedy dochodzi do przekazu wiary przy jednoczesnej świadomości tego, że moje doświadczenie może nigdy nie będzie doświadczeniem moich uczniów. Oni mogą zobaczyć, że jest to dla mnie ważne i że wiem, o czym opowiadam, mówiąc np. o tym, że Jezus Chrystus wyrwał mnie z grzechu. Ale jeżeli mówię im, że jest sakrament pokuty i pięć warunków dobrej spowiedzi, a nie prowadzę ich do tej spowiedzi i oni nie widzą, że ja też się spowiadam, to pozostajemy na poziomie teorii. A to mało kogo przekona.

Może więc należy poważnie potraktować propozycję wycofania katechezy ze szkół i powrotu do salek parafialnych. Wprowadzenie w doświadczenie wiary byłoby tam łatwiejsze i bardziej na miejscu.

Nie, nie, nie, cofanie nie jest nikomu potrzebne. Oczywiście, czym innym jest katecheza, która dotyczy sakramentów inicjacji (chrztu, bierzmowania). Ona musi się odbywać we wspólnocie wiary, a nie w szkole. Natomiast czym innym jest wprowadzenie w wiedzę religijną. To także ma sens, nawet jeśli nie jest ewangelizacyjne, tylko zredukowane do przekazu wiedzy. Katecheta musi mieć świadomość, że to, co przekazuje, jest pewnym potencjałem, który trzeba będzie dopiero w człowieku uruchomić.
Dobrze opisuje to początek Ewangelii św. Łukasza. Ewangelista pisze do Teofila o celu napisania Ewangelii: Postanowiłem opowiedzieć Ci to wszystko, abyś się mógł przekonać o całkowitej pewności nauk, których ci udzielono (por. Łk 1,3–4). Łukasz ma przekonanie, że Teofil, którym może być każdy z nas, już ma w sobie całą wiedzę i zna fakty dotyczące życia Jezusa. Ale nie ma doświadczenia ich mocy. W tym, czego go przez lata uczono, kryje się siła. To nie jest coś martwego. To jest ruch ewangelizacyjny w stosunku do człowieka, który już był katechizowany.

Kiedy powinno się to stać: w szkole, na studiach, może później?

Na to każdy czas jest dobry, bo ewangelizacja opiera się na kerygmacie – orędziu o Jezusie Chrystusie, który umarł i zmartwychwstał i z tego wydarzenia paschalnego posyła Ducha Świętego, który wprowadza mnie w Kościół. Basta, to jest całość. To można głosić każdemu człowiekowi, co pół roku, niezależnie od tego, na jakim etapie rozwoju wiary się znajduje. I to mu dobrze robi. Jako kapłani przeżywamy co roku rekolekcje. Ale jeśli w ich trakcie nie ma głoszenia kerygmatu, to nie są funta kłaków warte.

Mówi ksiądz biskup o sytuacji idealnej. Znam mnóstwo ludzi, którzy przeszli szkolną katechezę, ale nie odnaleźli się w Kościele, bo nie spotkali kogoś, kto by im pokazał moc ukrytego w nich potencjału wiary.

Odpowiem innym przykładem. Jako biskup byłem już kilka razy wśród Polonii na Zachodzie. Są to ludzie, którzy np. w Holandii chodzą do kościoła, mimo że żyją w środowisku, w którym nikt tego nie praktykuje. A oni stają się naraz takimi ludźmi, którzy te kościoły zapełniają i ożywiają. Uderzyło mnie, że katecheza, którą tak krytykujemy, coś w nich zostawiła. I to coś zostało wyzwolone przez kontekst, w którym człowiek został skonfrontowany ze światem innym niż ten, w którym wyrósł. Nagle musiał sobie odpowiedzieć na pytanie, czy wiara, którą otrzymał, jest czy nie jest jego.

W takim razie skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?

Bo trochę brakuje nam tego, co się nazywa nawróceniem pastoralnym, o którym tak często wspomina papież Franciszek. Ono mi bardzo odpowiada i myślę, że trzeba robić wszystko, aby trafiło do naszych seminariów. Chodzi o mentalny zwrot od tego, co mamy, do tego, co możemy mieć. Innymi słowy, nie powinniśmy się w Kościele skupiać wyłącznie na utrzymaniu stanu obecnego, tylko zająć się misją, która jest nieustanna.

To znaczy?

…że interesują nas ci, których w Kościele nie ma, a mogliby być, albo kiedyś byli, a dziś, z różnych powodów, odeszli. Niestety dość często kierujemy się w naszej pracy duszpasterskiej myśleniem, by nie roztrwonić tego, co już jest. To jest zabójcze dla ewangelizacji, mówi papież Franciszek w adhortacji „Evangelii gaudium”. Jest wiele rzeczy, o których możemy podyskutować, ale w tej jednej kwestii w ogóle nie ma debaty, bo to jest programowe – mamy wyjść na spotkanie ze światem.

Cały wywiad – w numerze 5. miesięcznika „W drodze” z bieżącego roku i na stronie internetowej pisma. Więcej informacji o miesięczniku można znaleźć tutaj.

2014-07-10T19:00:00+00:00 10 lipca 2014|Bez kategorii|