Antoniego Kępińskiego skok wolności

Strona główna/Bez kategorii/Antoniego Kępińskiego skok wolności

Antoniego Kępińskiego skok wolności

„Był autorem bestsellerów, ale za życia zdążył wydać tylko jedną książkę. Niekwestionowany autorytet dla licznej grupy psychiatrów i lekarzy różnych specjalności, nominację profesorską otrzymał dopiero na trzy miesiące przed śmiercią. O Klinice Psychiatrii UJ mówiło się, że to jego klinika, choć kierował nią zaledwie dwa i pół roku”. O Antonim Kępińskim w 40. rocznicę jego śmierci pisze w „Tygodniku Powszechnym” (nr 29/2012) Wojciech Bonowicz.

Był autorem bestsellerów, ale za życia zdążył wydać tylko jedną książkę. Niekwestionowany autorytet dla licznej grupy psychiatrów i lekarzy różnych specjalności, nominację profesorską otrzymał dopiero na trzy miesiące przed śmiercią. O Klinice Psychiatrii UJ mówiło się, że to jego klinika, choć kierował nią zaledwie dwa i pół roku.
Antoni Kępiński to wielka postać polskiej… No właśnie – czy tylko psychiatrii? Nie ulega wątpliwości, że to właśnie dzięki Kępińskiemu psychiatria przestała być w Polsce dziedziną budzącą lęk, że została doceniona jako ważne pole zmagań z ludzkim cierpieniem, zaczęła budzić ciekawość, pociągać, inspirować. Niewątpliwie Kępiński był też jedną z najważniejszych postaci w szeregu tych, które polską psychiatrię humanizowały, a przez to wpłynęły na myślenie o relacji lekarz-pacjent w innych dziedzinach medycyny. Ale jeśli powie się tylko tyle, będzie się miało poczucie, że to za mało i że niesprawiedliwie. Po śmierci Kępińskiego zestawiano go z największymi postaciami polskiej i światowej humanistyki – dodajmy: myśli i praktyki humanistycznej – od Korczaka po Schweitzera. Ktoś napisał nawet: „święty całej ludzkości”. W tym „ewangelizowaniu” portretu krakowskiego psychiatry (określenie Jana Masłowskiego) wyrażało się przekonanie, że Kępiński to „ktoś więcej”, że znaczenie jego dzieła i postawy wykracza daleko poza ramy medycyny.

Psychopatologia władzy

Przyszedł na świat 16 listopada 1918 roku w Dolinie koło Stanisławowa. Krótko po jego narodzinach rodzice stanęli przed dramatyczną decyzją: w obawie przed ukraińskimi atakami postanowili opuścić rodzinny dom, pozostawiając niemowlę pod opieką niańki (matka cierpiała na zapalenie piersi i nie mogłaby go karmić). Niania Ukrainka trafiła z polskim dzieckiem do niewoli; dopiero po kilku miesiącach chłopczyka wymieniono za dwóch ukraińskich oficerów – co Kępiński po latach z dumą podkreślał.
W 1920 roku ojciec dostał posadę starosty w Nowym Sączu. Kępiński skończył tam szkołę powszechną, naukę kontynuował jednak w Gimnazjum im. Nowodworskiego w Krakowie. Skupiony, zamyślony, opiekuńczy w stosunku do słabszych i mniej zamożnych kolegów, postrzegany był jako idealny kandydat na księdza, tym bardziej, że prezesował kołu Sodalicji Mariańskiej. Ostatecznie wybrał studia medyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim, oświadczając najbliższym, że zamierza poświecić się psychiatrii. Związki z Sodalicją zaowocowały pierwszym – i nie jedynym w jego życiu – niezwykłym spotkaniem: będąc na trzecim roku medycyny, w maju 1939 roku, w pociągu wiozącym na Jasną Górę młodych pielgrzymów, poznał Karola Wojtyłę, studenta pierwszego roku polonistyki.
Z okresu studiów wspominał epizod, które wpłynął na jego stosunek do polityki. Któregoś dnia, kiedy przechodził przez plac Matejki, zaatakowała go grupa młodych mężczyzn. Ponieważ miał na sobie ciemnoczerwoną czapkę, jaką nosili studenci wydziału lekarskiego, wzięto go za zwolennika endecji i dotkliwie pobito. Po tym wypadku poważnie zapadł na zdrowiu i przez kilka miesięcy leczył urazy nie tylko fizyczne, ale przede wszystkim psychiczne. Rodzina Kępińskich sympatyzowała z ludowcami; on sam demonstracyjnie siadał razem z prześladowanymi przez endeków studentami, bojkotując tzw. getto ławkowe.
1 września 1939 roku zgłosił się do Rejonowej Komisji Uzupełnień. Z grupą ochotników wyruszył na wschód, by zasilić oddziały Armii Małopolska. Dostał karabin, ale w walkach udziału nie wziął; 21 września przekroczył granicę Węgier z zamiarem przedostania się na Zachód. Podobnie jak inni jego towarzysze, został jednak rozbrojony i osadzony w obozie dla internowanych. „Mam wrażenie, że tutaj nawet farmakologii uczyłbym się z rozkoszą, takie są pierońskie nudy”, pisał do rodziców. Prosił, żeby przysłali mu książki medyczne, podręcznik do języka francuskiego, poezje Kasprowicza i „świętą Ewangelię”. „Nie śmiejcie się ze mnie, ale bardzo odczuwam brak książki, bo żyję tu myślami o obiedzie i plotkami”.
Z trzeciego z kolei obozu, w Garany, udaje mu się uciec. Jest kwiecień 1940 roku. Przez Jugosławię i Włochy Kępiński dociera do Francji, by dołączyć do walczących tam polskich jednostek. Po rozejmie w Compiegne postanawia przedostać się do Wielkiej Brytanii. Po przekroczeniu Pirenejów zostaje jednak aresztowany i osadzony w obozie w Miranda de Ebro, zorganizowanym na wzór niemieckich obozów koncentracyjnych. Przebywa tam od października 1940 do marca 1943 roku.

 

Wszyscy piszący o jego życiu i dziele są zgodni: te dwa i pół roku zdecydowało o tym, że po latach Kępiński zajął się psychicznymi następstwami pobytu w obozach koncentracyjnych (KZ-syndrom) oraz podjął próbę opisania, jakie mechanizmy umożliwiły ich powstanie i funkcjonowanie (najbardziej znany artykuł na ten temat zatytułował „Psychopatologia władzy”). W Miranda de Ebro nie zetknął się wprawdzie z mordowaniem na masową skalę i eksperymentami medycznymi na więźniach, poza tym doświadczył jednak wszystkiego, co było charakterystyczne dla życia w obozie: głodu, chłodu i chorób, ciężkiej pracy, brutalnie egzekwowanej dyscypliny i wybuchów niekontrolowanej agresji ze strony tych, którzy w obozowej hierarchii stali wyżej, poniżania, znęcania się i tortur. Podczas jednego z obiadów został ciężko pobity przez dwóch hiszpańskich żołnierzy za to tylko, że wychylił się z kolejki do kotła; zawleczono go następnie do karceru, gdzie ponownie był bity i gdzie przetrzymywano go przez ponad miesiąc. Jeden ze świadków opisywał, że jeszcze kilka tygodni po tym zdarzeniu twarz Kępińskiego była żółtofioletowa.
Równocześnie doświadczył tego, co nazwał później przebłyskami nieba w codziennym obozowym piekle: solidarności między więźniami, drobnych gestów życzliwości, pozwalających pokonać apatię i poczucie beznadziei – a nawet siły zbiorowego buntu. W styczniu 1943 roku więźniowie Miranda de Ebro rozpoczęli strajk głodowy, domagając się zwolnienia z obozu; w tym czasie wojska brytyjskie i amerykańskie były już w Algierze. Głodujący dopięli swego, zaczęto zwalniać ich grupami; Kępiński został zwolniony jako jeden ostatnich.
O doświadczeniach obozowych wspominał rzadko. Kiedy pod koniec lat 50. wspólnie z przyjacielem Stanisławem Kłodzińskim, więźniem Auschwitz, tworzył z młodych psychiatrów „zespół oświęcimski”, niewiele osób wiedziało, że dotyka w ten sposób czegoś bardzo osobistego. W tym czasie – choć trudno w to uwierzyć – o trwałych skutkach pobytu w obozach koncentracyjnych w ogóle się nie mówiło, byłych więźniów, którzy doświadczali stanów psychotycznych, leczono podobnie jak innych chorych. Badania „zespołu oświęcimskiego” były przedsięwzięciem pionierskim w skali światowej. Ale na świecie prawie nikt się nimi nie zainteresował; istniała przecież „żelazna kurtyna”.

Odruch orientacyjny

4 lipca 1943 roku na Gibraltarze gen. Sikorski spotyka się z polskimi ochotnikami czekającymi na przeprawę do Wielkiej Brytanii. W szeregu stoi dwudziestopięcioletni mężczyzna z wypiekami na policzkach i opryszczką na wargach. „Pan ma gorączkę!”, stwierdza generał, uważnie mu się przyglądając. „Nie mam gorączki, panie generale”, zaprzecza stanowczo zagadnięty. „Ależ pan m a gorączkę!” „Nie mam gorączki, panie generale”. Sikorski macha ręką i idzie dalej. Mężczyzna z wypiekami na twarzy to starszy strzelec Antoni Kępiński. Dwa dni później poniesie na barkach trumnę ze zwłokami generała.
Dociera do Szkocji, gdzie zostaje wcielony do RAF-u i skierowany na szkolenie lotnicze. Zarówno na symulatorach lotów, jak w powietrzu radzi sobie nie najlepiej. Po latach będzie z rozbawieniem wspominał, że w czasie jednego z naziemnych treningów pilotował samolot bardzo dobrze, wszystkie parametry mu się zgadzały. Ćwiczenie jednak przerwano: „poprosili mnie o opuszczenie stanowiska, bo leciałem pod ziemią”. Postanawia kontynuować studia medyczne na Polskim Wydziale Lekarskim Uniwersytetu w Edynburgu. To szczęśliwy traf; dość powiedzieć, że dwa lata przed nim ten sam wydział kończy wybitna psychoanalityczka Hanna Segal. Wraca do Polski latem 1947 roku z dyplomem w kieszeni. W październiku zaczyna pracę w Klinice Neurologiczno-Psychiatrycznej UJ, którą kieruje Eugeniusz Brzezicki. Trzy lata później powstaje osobna Klinika Psychiatrii w ramach utworzonej z dawnego Wydziału Lekarskiego UJ Akademii Medycznej. Kępiński jest już wtedy doktorem.
Swoich pierwszych prac z psychiatrii nie lubił; habilitacja miała temat „pawłowowski”: „Odruch orientacyjny w otępieniu ogólnym”. Ale czytał dużo, uważnie obserwował i słuchał, robił notatki. Szybko zaczął zdobywać autorytet wśród przełożonych i współpracowników. Lubili go też pacjenci. Na innych oddziałach bywało, że chorzy podczas obchodu musieli stać przed lekarzem na baczność. Kępińskiego to drażniło. Chciał, żeby o pewnych sprawach pacjenci decydowali wspólnie z personelem.
„Od 1955 roku organizował w naszej klinice zebrania społeczności, którym przyświecało hasło: >>krytykujcie nas<<, >>krytykujcie instytucje<<”, opowiadała jedna z jego najbliższych współpracownic Maria Orwid. „Człowieczeństwo osoby chorej psychicznie może zostać łatwo zanegowane, istnieje pokusa, żeby kogoś takiego traktować jako zbiornik dziwnych, przerażających objawów i decydować za niego bez respektowania jego zdania. Stad już tylko krok do totalitaryzmu. Do psychiatry przychodzi ktoś cierpiący, obolały, a wychodzi z etykietką schizofrenika, psychopaty, neurotyka, czyli >>wariata<<. Tym samy traci podmiotowość, staje się gorszym człowiekiem, człowiekiem, >>człowiekiem nie w pełni<<”.
Nie ma pacjenta, jest człowiek – tak brzmi program Kępińskiego. Trzeba z nim dużo rozmawiać, uważnie go słuchać i cierpliwie analizować wszystko, co się usłyszy i zobaczy. Nie wolno robić żadnych założeń, nie wolno „z góry wiedzieć”, co mu dolega, jakie są źródła jego cierpienia i jak je można usunąć. Leczenie to żmudna i niesprawdzona droga. „Podstawą kontaktu psychiatrycznego jest szacunek, a nawet pewna pokora wobec bogactwa odsłaniającej się przed oczyma struktury świata drugiego człowieka”, pisał Kępiński. Od tych, którzy do niego przychodzą, psychiatra powinien uczyć się, że rzeczywistość ma różne oblicza i że „na pytania >>dlaczego?<< i >>po co?<< można dać jednocześnie wiele odpowiedzi i wszystkie mogą być prawdziwe”.

 

Poznanie chorego

W styczniu 1948 roku Kępiński żeni się z siostrą Stanisława Kłodzińskiego Jadwigą. Nie mają dzieci. Młodemu, pełnemu pasji lekarzowi czasu na życie rodzinne zostaje niewiele. Wstaje bardzo wcześnie rano, wychodzi z domu, nie budząc żony. Zostawia jej czułe karteczki, niekiedy ubrane w żartobliwą formę prośby: „Najdroższa Jadziuniu! Kup atramentuniu, bo mnie trafi szlakuniu”. Wraca z kliniki późno; we wtorki po pracy odbywają się zebrania zespołu poświęcone poszczególnym chorym, które przeradzają się w długie dyskusje na różne tematy, kontynuowane w restauracji przy wódeczce. W czwartki jest czas na indywidualne spotkania z asystentami. W pozostałe dni również nie brakuje zajęć.
We wspomnieniach powtarzają się te same elementy: duży, nieco niedźwiedziowaty, ubrany niedbale, przeważnie w znoszonych spodniach, sandałach na bosych stopach, wysokie czoło, niebieskie oczy o uważnym, skupionym spojrzeniu, ciemno owłosione dłonie, którymi zasłaniał twarz. Pokój w suterenie, za oknem trawa i nogi przechodniów, on na fotelu, czekający: „Dobrze, że mnie pani odwiedziła”. Kiedyś była tam ponoć izolatka dla najbardziej agresywnych chorych; świadczyły o tym grube drzwi z okrągłym otworem, przez który podawano im jedzenie. Może to przypadek, a może nie, że właśnie w takim miejscu Kępiński zaczął swoją rewolucję w psychiatrii.
Przełożeni pozwalali mu na wiele. Dlatego, że mu ufali, albo dlatego, że im nie zagrażał, bo nie zależało mu na funkcjach. W 1959 roku dostał zgodę, by w suterenie otworzyć dla pacjentów klub z kawiarnią. Chorzy mogli tu wystawiać swoje prace, organizowano koncerty, przychodzili artyści Piwnicy pod Baranami, grywała na fortepianie Ewa Demarczyk. „Pamiętam, jak kiedyś znalazłem się w jego klinice z okazji jakiegoś odczytu”, wspominał ks. Józef Tischner. „Prowadzony do sali posiedzeń, zauważyłem, że obok gra muzyka i pacjenci tańczą. Nie potrafiłem zapanować nad zdziwieniem, bo jednak nieco inaczej wyobrażałem sobie tego rodzaju klinikę. Kępiński to zauważył i jakby się chciał usprawiedliwić – powiedział: »bo u nas wszystko wolno«”.
Zmiany były coraz śmielsze. „Chorzy dostawali przepustki, w każdej chwili możliwe były odwiedziny, nigdy nie było kontroli korespondencji, można było swobodnie korzystać z telefonu”, opowiadała Maria Orwid. „Kiedy patrzę dziś z perspektywy lat na tamten okres, ze świadomością tego, co się działo wtedy w psychiatrii w innych polskich ośrodkach, a przede wszystkim w innych państwach totalitarnych, wydaje mi się on cudem”.

Rytm życia

Kępiński chętnie zaprasza gości, zamawiając u nich odczyty i występy. Chce, żeby chorzy mieli kontakt z różnymi osobowościami i żeby poszerzali swoją wiedzę o świecie. Także wśród współpracowników zaczynają się pojawiać ludzie różnych specjalności. Na początku lat 60. Kępiński zatrudnia Teresę Regułę, socjolożkę, która ma pomóc pacjentom wyrzucanym z pracy lub pozbawionym opieki najbliższych. Stałym współpracownikiem jest też polonista i pedagog Jan Masłowski. „Tam tylko teologa brakowało”, śmieje się dzisiaj, pytany o klinikę.
Także coraz więcej chorych chce się leczyć „u Kępińskiego”. Godziny na przyjmowanie pacjentów wydłużają się. Kępiński ma dyżury nie tylko w klinice, ale również w innych miejscach. Przyjmuje chorych nawet w domu. Szefujący kliniką Karol Spett mówi o nim, że jest „chory na dobroć”. „Kiedy się opowiadało o sobie, profesor temu towarzyszył”, wspomina jeden z leczonych przez niego chorych. „Pacjent dawał pewną propozycję, a profesor wchodził w ten świat pacjenta. Było to wejście w filcowych pantoflach, (…) nie wiadomo, kiedy się zaczynała ingerencja, kiedy się zaczynała terapia. Nie wiadomo było, kiedy ustawił, poprawił, kiedy (…) w tych puzzlach, które układał pacjent, on we właściwe miejsce włożył właściwy fragment”.
Mówiono: „On kocha tych, których nikt nie kocha”. Jeżeli się niecierpliwił, krzyczał, to wyłącznie na pracowników, nigdy na chorych. We współpracy bywał trudny, nie tolerował nawet drobnych zaniedbań. „Kępiński był po prostu niesprawiedliwy”, tłumaczyła jego postawę Orwid, „ponieważ zawsze stawał po stronie słabszego”. A słabszym był chory, nie lekarz czy salowa. Po awanturach kupował kwiaty, przepraszał. Potrafił rozładować napięcie poczuciem humoru. Kiedy w 1968 roku zaczęła się nagonka na uczonych pochodzenia żydowskiego, powiedział do Orwid: „No, miota czasem gównem w historii, ale ciebie ma to dotknąć?”
O jego pracy do dziś krążą legendy. Niektóre mijają się z prawdą, jak na przykład opowieść o tym, że przyjmował nawet do siedemdziesiąt osób dziennie. Łatwo policzyć, że gdyby każdej z nich poświęcił tylko dziesięć minut, dałoby to ponad jedenaście godzin samych spotkań. A gdzie zebrania, konsultacje, dyskusje? Nawet jeśli pracował od szóstej rano do dziesiątej wieczorem, chorym mógł poświęcić tylko część tego czasu. Poza tym wizyty u Kępińskiego nigdy nie trwały tak krótko. Skąd więc przekłamanie? Może stąd, że kilka lat po śmierci Kępińskiego w opublikowanym w „Tygodniku Powszechnym” artykule wdowa po nim napisała, że kiedy chorował, odwiedzało go mnóstwo gości, a ona skwapliwie zaznaczała kreseczkami każdego, kto przyszedł. Któregoś dnia naliczyła tych kresek siedemdziesiąt.
Kiedy w październiku 1969 roku objął w końcu kierownictwo kliniki, skarżył się już na bóle kręgosłupa. Bywał osłabiony, podenerwowany, czasem wpadał w przygnębienie. W lutym 1970 roku zbadano mu krew i stwierdzono, że organizm zaatakował nowotwór: szpiczak mnogi. Robiono mu transfuzje, kroplówki, z czasem – trzy razy w tygodniu dializy. Stan jednak szybko się pogarszał. Żeby ułatwić mu funkcjonowanie, przygotowano dlań specjalny pokój najpierw w Klinice Psychiatrycznej, a potem w Klinice Nefrologii. Ze względu na to, że układ kostny był coraz bardziej kruchy, musiał nosić gipsowy gorset. Kiedy w marcu 1972 przyjechał doń przedstawiciel rządu, żeby wręczyć mu odznaczenie, powiedział: „Panie ministrze, może pan kłuć, mnie to nie boli”.

 

W tym okresie dużo pisał. To właśnie wtedy ukazała się jego pierwsza książka – „Psychopatolgia nerwic”. Jeden egzemplarz ofiarował czuwającej przy nim żonie; obok własnej dedykacji odcisnął łapkę kota Antosia Dializka, który również towarzyszył mu w chorobie. Wzruszyło go, kiedy ksiądz, który przyszedł po kolędzie, przełamał się opłatkiem nie tylko z nim, ale również z Antosiem. Kolejna książka, wybór artykułów, miała nosić tytuł „Rytm życia”. Rankiem 8 czerwca 1972 roku drukarnia wysłała gońca, żeby dostarczył do szpitala pierwsze egzemplarze. Kępiński już ich nie zobaczył, zmarł kilka godzin wcześniej.
Fałszywi prorocy

Kim jest Antoni Kępiński widziany z dzisiejszej perspektywy? Czy należy już tylko do historii polskiej psychiatrii? Czy jest kimś więcej? Czy miał rację Tischner, pisząc w połowie lat 70., po lekturze kilku jego książek, że to pierwsza „po polsku odczuta”, a jednocześnie „uniwersalnie mądra” filozofia człowieka?
Można spojrzeć na osobę i dzieło Kępińskiego z bardzo różnych perspektyw. Niewątpliwie perspektywa, którą wskazuje Tischner, jest bardzo kusząca. Oto – pisał autor „Myślenia według wartości” – szczególny przypadek „filozofii po Oświęcimiu”. Wielu wywiodło z Oświęcimia jedynie „bezradność i filozofię ciążącą ku rozpaczy”. Czy po Auschwitz człowiek jest jeszcze możliwy? Czy można o nim mówić i myśleć tak, jak się mówiło i myślało wcześniej? Czy nie powinniśmy zacząć wszystkiego „nie tak samo”, naprawdę od nowa, przyjmując za punkt wyjścia fakt „śmierci człowieka”?
Kępiński wybrał nieco inną drogę. Przede wszystkim słuchał głosu świadków. Co oni o tym myślą? Jak byli w stanie przetrwać to piekło? Czy można było zachować „ludzkość” na „nieludzkiej ziemi”? Niewątpliwie jakiś obraz człowieka w Auschwitz doszedł do swego kresu. Musimy znaleźć sobie nowych bohaterów. Nie oznacza to jednak, że „umarł człowiek” jako taki. Co zrobić, żeby piekło się nie powtórzyło? Czy podążyć za rozpaczą i tym, co nam podpowiada? Czy też zaufać „filozofii wykazującej, że pośród bestialstwa może kwitnąć heroizm”? Człowiek czyni zło, ale potrafi też przeciwstawić się złu. Aby wzmocnić go w tym drugim dążeniu, trzeba mu pokazać pewną perspektywę. Istotnym elementem tej perspektywy jest doświadczenie wolności. Człowiek może być autorem swoich decyzji. Nie musi swojej wolności składać na ołtarzu ideologii i „porządku”. Psychopatologia władzy najszybciej rozwija się tam, gdzie człowiek wyrzeka się wolnych decyzji i ceduje swoją wolność na przypadkowego „władcę”. „Możliwość uwierzenia >>fałszywym prorokom<< jest może największym niebezpieczeństwem współczesnej kultury”, pisał Kępiński. Trzeba pomóc człowiekowi dźwigać ciężar wolności, trzeba mu pomóc wyjść z kryjówki, przeskoczyć przepaście, które dzielą go od drugiego, przejść do świata, w którym drugi nie będzie już dlań ani „władcą”, ani „poddanym”.
Można powiedzieć, że Kępiński nie mówi niczego nowego. Że, jak pisał Tischner, dochodzi „do prawd, które ludzkość wiecznie sobie powtarza i do których wciąż nie potrafi dojść”. Tyle że mówi to w nowej sytuacji: w sytuacji, w której „skok wolności” wydaje się czymś niemożliwym. Zdaniem Tischnera, Kępiński w swoich tekstach – i w swojej praktyce – pokazał, jak w tej nowej sytuacji budować społeczeństwo dialogu. Niezależnie od tego, czy będzie wzorem dla kolejnych pokoleń psychiatrów, w powszechnej pamięci pozostanie jako znak tego, że „skok wolności” nie jest ponad siły człowieka.

Prócz źródeł wymienionych w tekście korzystałem m.in. z książek Andrzeja Jakubika i Jana Masłowskiego „Antoni Kępiński – człowiek i dzieło” (1981) Andrzeja Kokoszki „Jak pomagał i leczył profesor Antoni Kępiński” (1999), rozmów z Marią Orwid „Przeżyć… i co dalej?” przeprowadzonych przez Katarzynę Zimmerer i Krzysztofa Szwajcę (2006), a także z książek samego Antoniego Kępińskiego, w szczególności „Rytmu życia” (wyd. 7, 2001) i „Refleksji oświęcimskich” (2005).

2012-07-20T11:04:00+00:00 20 lipca 2012|Bez kategorii|