Zamieszczamy wywiad, jaki ks. Tomáš Halík w czasie swego pobytu w Krakowie udzielił dziennikarzom „Tygodnika Powszechnego”. Wywiad w pierwodruku (nr 19/2010) nosił tytuł „Wobec milczącego Boga”. Rozmowę przetłumaczył o. Tomasz Dostatni OP.
Maciej Müller, Artur Sporniak: Można się spotkać z poglądem, że obecny kryzys Kościoła jest skutkiem Soboru Watykańskiego II. Czy rzeczywiście?
Ks. Tomáš Halík: Sobór musiał się wydarzyć. Europejski katolicyzm od czasu jakobińskiego terroru był straumatyzowany i stał się twierdzą przeciwko współczesnej kulturze. Jeśli nadal kroczyłby tą droga, stałby się sektą. Na szczęście oświecenie w świecie anglosaskim nie miało charakteru antyreligijnego czy antykościelnego, a katolicyzm amerykański nauczył się żyć w świecie pluralistycznym. Myślę, że właśnie to doświadczenie było bardzo ważne dla Soboru, np. dzięki pisarstwu Jacques’a Maritaina, które korzystało z doświadczenia amerykańskiego, a oddziaływało na Pawła VI. Zauważmy także, że jeszcze przez Soborem teologiczne fundamenty pod doktrynę praw człowieka wypracowali amerykańscy jezuici.
Wcześniejsze sobory owocowały myśleniem, że najbardziej potrzebną terapią Kościoła jest wzmocnienie dyscypliny i pogłębienie ortodoksji. Sobór Watykański II w konstytucji „Gaudium et spes” powiedział, że musimy być solidarni ze współczesnym człowiekiem. Przypomnijmy jej pierwsze słowa: „Radość i nadzieja, smutek i trwoga ludzi współczesnych, zwłaszcza ubogich i wszystkich cierpiących, są też radością i nadzieją, smutkiem i trwogą uczniów Chrystusowych”. Można by powiedzieć, że podobnie jak w przysiędze małżeńskiej Kościół przysiągł współczesnemu światu miłość, wierność i uczciwość oraz to, że nie opuści go aż do końca.
Pozostaje pytanie: jak Kościół wypełnia tę „przysięgę”?
Myślę również, że trochę powierzchownie rozumiano słowo „aggiornamento”, którym próbowano opisać nowość Soboru. W języku włoskim słowo to oznacza „aktualizację”: przeglądam spis nazwisk ludzi, do których co roku wysyłam kartkę na Boże Narodzenie, i widzę, że z tym się pokłóciłem, tamtych dwóch już nie żyje, a brakuje tych, z którymi się zaprzyjaźniłem w ciągu ostatniego roku. Zatem część nazwisk wykreślam, inne dopisuję – na tym polega aggiornamento. Tymczasem w odniesieniu do Soboru wielu to zrozumiało jako akomodację – przystosowanie. Niektórzy poszli drogą konformizmu wobec świata, a inni bali się tej drogi, dlatego zaczęli się sprzeciwiać reformom. Obie reakcje uważam za niewłaściwe. Prawdziwie dobra droga, którą powinien pójść Kościół, jest drogą dialogu.
Dialog to najważniejsze, moglibyśmy wręcz powiedzieć – święte słowo Soboru. Zakłada on specyficzną kombinację bliskości i dystansu. Jeśli jestem za blisko drugiego człowieka, to jedynie powtarzam, co on mówi, i dialog nie przynosi żadnych owoców. Jeśli z kolei jestem zbyt od niego oddalony, komunikacja jest niemożliwa. Trzeba odnaleźć równowagę.
Duże napięcie między Kościołem a światem pojawia się np. w etyce małżeńskiej. Jak się ma zachowywać katolik, który rozpoznaje nauczanie Kościoła jako zbyt rygorystyczne – szkodzące relacji małżeńskiej?
Drogą jest wychowanie dojrzałego sumienia. Jeśli wszystko będziemy rozwiązywać przy pomocy przykazań i zakazów, wówczas człowiek, który nie będzie potrafił odnaleźć się w takiej przestrzeni, po prostu odejdzie. Powinniśmy wychowywać przede wszystkim do odpowiedzialnego podejmowania osobistych decyzji. Dlatego Kościół działa w dwóch obszarach: z jednej strony naucza ogólnych zasad, z drugiej towarzyszy w konfesjonale i w duszpasterstwie konkretnemu człowiekowi w jego niepowtarzalnej sytuacji i pomaga mu ją odpowiedzialnie przeżywać.
W Polsce religijne wątpliwości często utożsamia się z relatywizmem i oskarża o postawę „wierzę, ale...”. Naszym zdaniem to nadużycie, gdyż nikt z nas nie rodzi się w pełni dojrzałym katolikiem.
Czeski teolog i obrońca praw człowieka Josef Zveřina uczył, że zasadę katolicyzmu można ukazać poprzez formułę: „nie tylko to, ale i to”. Protestantyzm naucza: „tylko wiara” albo „tylko łaska”. W katolicyzmie jest natomiast: „łaska, ale i wolność”, „Bóg, ale i człowiek”. Bardzo ważny jest ruch między tymi członami. Jeśli Kościół definiował jakiś dogmat, to zawsze było to określenie pola między dwoma ekstremami. Trzeba to rozumieć nie jako kompromis czy precyzyjnie określony punkt, tylko właśnie jako dynamizm rozgrywający się w określonym polu, jak przy grze w tenisa. Kiedy zrobimy zdjęcie podczas takiego meczu, piłka wyda się nam nieruchoma. Podobnie nieruchome wydają się nam określenia dogmatyczne. Tymczasem rzeczywistość, o której mówi dogmat, zawsze jest dynamiczna.
Do czego zatem jest potrzebna instytucja Kościoła?
Kościół hierarchiczny jest strażnikiem tradycji, ale tradycją jest właśnie ów ruch, dynamizm. Dlatego rolą Kościoła jest nieustanna reinterpretacja tradycji – w taki sposób, by nie była to samowola, ale też, by zachowywać ducha i sens, a nie jedynie literę.
Obecnego kryzysu Kościoła nie spowodowały pojedyncze przypadki nadużyć seksualnych, lecz raczej postawa, która sakralizowała instytucję, stawiając ją wyżej od Boga i tworząc z niej wspomniany bastion.
Taka pokusa stale powraca, ale Bóg potrafi poradzić sobie z naszymi bastionami. Zwykle dzieje się to poprzez wewnętrzną reformę Kościoła. A gdy Kościół nie potrafi być „Kościołem stale reformującym się” (Ecclesia semper reformanda), wtedy Bóg działa z zewnątrz – poprzez nieprzyjaciół. Zauważmy, że o wrogu zbuntowanych wobec Boga Izraelitów Biblia mówi „sługa Boży Nabuchodonozor”. My w Czechach widzimy, że takim sługą Bożym Nabuchodonozorem był komunizm, który zburzył wiele struktur kościelnych. W ten sposób otworzył nową przestrzeń. Problem w tym, że wielu chce dzisiaj rekonstruować to, co było dawniej. A tak się nie da.
Uważam, że bardzo ważne są słowa Jana Pawła II z jego pierwszej pielgrzymki do Czech: „Nie wracajcie do tego, co było tutaj wcześniej, zanim odjęta została wam wolność. Ale budujcie świątynię wolnego życia – Kościoła i społeczności – w sile tego, do czego dojrzeliście podczas prześladowań”. Sądzę, że „ciemne noce” w historii Kościoła to uprzywilejowany czas Bożej pedagogiki. Kryzys jest zawsze szansą.
Dużą pokusą Kościoła jest triumfalizm, który nie widzi różnic między stanem Kościoła pielgrzymującego na ziemi a stanem Kościoła triumfującego w niebie. Niedostrzeganie tej ważnej eschatologicznej różnicy powoduje, że Kościół na ziemi staje się Kościołem walczącym. Jeżeli mamy z czymkolwiek walczyć, to z własnym grzechem, słabościami i pokusami – m.in. z pokusą triumfalizmu. Jeśli tak się nie dzieje, to wtedy zaczynamy walczyć przeciwko drugiemu albo przeciwko niewygodnym we własnych szeregach.
Zaloguj się, aby móc komentować.